#zapachyhistorii: Jak pachnie genealogia?

Każdy z nas zna zapach zapalonego papierosa, aromat benzyny, który dla wielu jest jednym z najdoskonalszych zapachów, jakie można poznać. Wybierając perfumy dla siebie, rodziny, przyjaciela, małżonka – również opieramy się na sygnałach, które docierają do mózgu poprzez nos. A czy ktoś z Was zastanawiał się, jak pachnie genealogia?

Może dla niektórych temat wydaje się totalnie abstrakcyjny – bo jak może pachnieć coś, co nie jest namacalne, czego nie zobaczymy i nie przedstawimy w konkretnych kształtach, co można tylko opisać, opowiedzieć czym jest i zdradzić genealogiczny know-how. Nikt nie opowiada przecież, że zbieranie znaczków to zapach użytego tuszu do ich wydrukowania, że wędkowanie to unosząca się w powietrzu woń jeziora i leżących w metalowym wiadrze obok dwóch szczupaków, a w końcu, że genealogia pachnie księgami. A może cmentarzem? Jeszcze ktoś inny powie, że genealogia jest synonimem zapachu domu i aromatu świeżo zaparzonej kawy.

Jeśli badania genealogiczne, to na pewno archiwum – jedne nowoczesne, niedawno wybudowane, posiadające sprawne komputery, dobre światło, zapewniające wygodę i możliwość kilkugodzinnego pobytu bez bolącego kręgosłupa; drugie – stare, znajdujące się w różnych niezrozumiałych miejscach, a często w jeszcze dziwniejszych budynkach, pracownia naukowa obejmująca kilka metrów kwadratowych, mała, ciasna, niewysoka, z żyrandolem zawieszonym tuż nad głową, z którego świeci kilka żarówek o różnej mocy, a naprzeciwko okno pamiętające jeszcze poprzednie milenium, przez które padają ostre promienie słoneczne.

I tak samo, jak skontrastowane są te opisy, również występujące tam zapachy są dysproporcjonalne. Z jednej strony bukiet aromatów nowoczesności – świeżego drewna, pachnących materiałów, wykorzystanych do wykończenia wnętrza, jak i „igła”-komputer; naprzeciw możemy zapoznać się z zapachowym balsamem starej podłogi, gnijącego wnętrza i sypiącej się ściany, z której odpada kolejna warstwa farby. Pewnym lepiszczem tych dwóch skrajnie odmiennych sytuacji, może być jeden pan – albo pani, rodem z PRL-u, nieznająca nawet takich wynalazków, jak perfumy „Gazela”, nie mówiąc już o tym, czym jest woda, mydło i gąbka. Lecz takich swoistych aromatów łechtających nasze nozdrza, możemy doświadczyć wyjątkowo rzadko.

Do archiwum nie przychodzimy jednak dla ludzi – przede wszystkim dla ksiąg. A one, w przeciwieństwie do nowoczesnego wnętrza tego przybytku, nie pachną nowością – ale minioną epoką, a nawet epokami, przyjemną wonią dawnego papieru, wiekowego atramentu, który mimo tylu setek lat, nadal jest czytelny. Jednak księgi można znaleźć nie tylko w archiwum – gdzie są one z reguły w stanie dobrym, a przynajmniej takim, że nadaje się one do bezinwazyjnego przeglądania, czasami znajdują się one w opuszczonych parafiach, w kufrach, które przeżyły kilka powodzi, kilkaset dni siarczystego mrozu i wiele lat afrykańskich upałów. Takie księgi mogą nam dostarczyć zgoła odmiennych doświadczeń zapachowych – od smrodu wilgoci, po swąd zgniłych żyjątek, które na kartach aktów chrztu, znalazły swój dom.

Genealogia to także zapach domu rodzinnego, domu, w którym mieszkali pradziadkowie, domu, z którym mamy wspomnienia, ale także zapachowe asocjacje związane z poszukiwaniami grobów na cmentarzach. A może genealogia ma zapach drzewa? Tylko jakiego? Buku, dębu, a może baobabu, który jako jedno z nielicznych drzew, może osiągnąć takie rozmiary, jak niektóre drzewa genealogiczne. Ale o innych nutach zapachowych genealogii następnym razem.

Alan Jakman

Pomysłodawca powstania periodyku More Maiorum. Od ponad 9 lat interesuje się genealogią. W tym czasie ustalił, że jego przodkowie byli niemieckimi kolonistami sprowadzonymi najprawdopodobniej do wyrębu lasów w połowie XVII w. w okolice Gór Orlickich. Publikuje artykuły dotyczące historii rodzinnego miasta w portalu bielsko.biala.pl.