„Musimy pamiętać, że genealogia nie zna granic społecznych” [wywiad ze Stanisławem Pieniążkiem]

Legenda polskiej genealogii. Inicjator i pierwszy prezes Polskiego Towarzystwa Genealogicznego. Pomysłodawca wielu projektów indeksacyjnych i digitalizacyjnych. 27 września 2018 roku Stanisław Pieniążek odszedł do swoich przodków…

Przypominamy wywiad z 2013 roku, który został opublikowany w „More Maiorum”.

Ile lat minęło, odkąd zaczął się pan interesować genealogią?

Genealogią interesowałem się jeszcze w wieku młodzieńczym. Rodzina Pieniążków była bardzo zintegrowana. W Radości pod Warszawą, gdzie żyli moi dziadkowie, co roku odbywały się spotkania rodzinne. Z czasem rodzina się powiększała i już w 1955 na 50-lecie ślubu dziadków odbył się I Zjazd Rodzinny na który zjechało ponad się ponad 100 krewniaków. Właśnie te spotkania spowodowały zainteresowanie się przeszłością rodziny. Początkowo były to notatki z rozmów z najstarszymi z rodu, a dopiero od przejścia na emeryturę w 1996 roku, można było pojeździć po parafiach i archiwach, by uzupełniać dane.

Proszę mi wierzyć, że pierwsze wyprawy robiłem wożąc w bagażniku stacjonarny komputer z monitorem i skanerem. W parafiach nie było ksero, a kopie metryk trzeba było jakoś utrwalać.

Przed 10 laty w pisemnym wywiadzie dla polskiego Newsweeka napisałem:

„Moja pasja genealogiczna to nie zwykłe hobby.
To chęć zaistnienia dla przyszłych pokoleń
i pozostawienia po sobie jakiegoś trwałego śladu.
To strach przed odejściem w zapomnienie
tak jak odchodziło wielu moich przodków,
których historię po wielu latach dopiero poznaję”.

Jaka jest jest najciekawsza informacja, którą odkrył pan, poznając historię swojej rodziny?

Podczas pierwszej wizyty w kolebce Pieniążków, Górznie k. Garwolina, od pierwszych spotkanych ludzi dowiedziałem się, że we wsi żyją koło siebie dwa rody Pieniążków. Jedni tutejsi, a drudzy – panie – gdzieś zza Buga. Nawiązałem kontakt z jednymi i drugimi. Ci zza Buga nie wiedzieli skąd pochodzili ich przodkowie. Dopiero głębsze badanie metryk kościelnych potrafiły rozwiązać zagadkę pochodzenia obydwóch rodów.

Jak się okazało 7 pokoleń wcześniej mieli wspólnego przodka, który po śmierci pierwszej małżonki ponownie się ożenił. Tak z pierwszą, jak i z drugą żoną miał po kilkoro dzieci. Podejrzewam, że rodziny jego żon były skonfliktowane i napuszczały jedne dzieci na drugie.

Gdy po roku znowu odwiedziłem rodzinną kolebkę, pokazałem jednym i drugim na wykresie rodzinnym, że są jedną rodziną. Spowodowało to, że jak dotychczas mówili do siebie np. Panie Franku, to po mojej akcji już zwracali się per Kuzynie Franku, jednak z ironicznym uśmiechem. Chyba nie wierzą do dzisiaj, że są blisko spokrewnieni.

Od kilku lat Internet staje się miejscem, gdzie znaleźć można wszystko. Również nie ominęło to genealogii. Za kilka, kilkanaście lat może stać się tak, że będziemy mogli odnaleźć swoich przodków w kilka minut. Czy taki stan rzeczy nie zabije ducha genealogii?

Komputeryzacja i nowoczesne techniki utrwalania i publikowania obrazów spowodowały zainteresowanie genealogią. Większość regionalnych TG za cel swojego działania wzięło fotografowanie i indeksowanie archiwalnych metrykalni. Indeksy metrykalne poza wymienionymi bazami można spotkać także na wielu prywatnych stronach WWW.

Łatwy dostęp do danych powoduje, że wielu początkujących poszukiwaczy „robi genealogię”, nie odchodząc od komputera. Nie widzą potrzeby, by odwiedzić i poznać osobiście okolice, gdzie rodzili się i żyli ich przodkowie. Produkują grafiki, a nie robią genealogii.

Czy poszukuje pan wyłącznie swoich przodków, czy może także ich krewnych i/lub powinowatych?

Początkowo zajmowałem się tylko swoją najbliższą rodziną. Z czasem, gdy uzyskałem dostęp do metrykalni zacząłem coraz bardziej rozszerzać swoje badania by w końcu po zindeksowaniu całej parafii od końca XVII wieku stworzyć genealogię parafii. Parafia obejmuje tereny oddalone od traktów komunikacyjnych a więc także i od przemarszu wojsk w XIX I XX wieku podczas wielu wojen i zbrojnych potyczek, które te lata nawiedziły Polskę.

Ludność z tych terenów rzadko emigrowała na inne tereny kraju czy zagranicę . Badając księgi, stwierdziłem , że prawie 70% ludności było ze sobą w jakiś sposób spowinowacone. Jedna wielka rodzina. Stworzyłem więc drzewo genealogiczne całej parafii na ponad 40 000 osób.

Jaki obecnie jest priorytet we własnej genealogii?

Po wielu latach stwierdziłem, że w swojej genealogii już nie wiele mogę odnaleźć. Od przyjaciół i znajomych otrzymuję od czasu do czasu wiadomości o małych „gniazdeczkach” Pieniążków. Szukam więc z miernymi wynikami powiązań rodzinnych. Są Pieniążkowie na Podhalu (h. Odrowąż), Podkarpaciu, w okolicach Bełchatowa i Gostynia, nad jeziorem Żarnowieckim na północnych Kaszubach, w sieradzkim i białostockim. Chyba nie uda się mi ich powiązać, gdyż braki metryk kompletnie nie umożliwia poznania ich pochodzenia.

Chałupa moich przodków w Górznie w XIX wieku

Był pan jednym z inicjatorów powołania Pomorskiego Towarzystwa Genealogicznego (dalej PTG), a także jego pierwszym prezesem. Co skłoniło Pana do podjęcia decyzji o utworzenia Towarzystwa Genealogicznego na tym terenie i jak funkcjonowało PTG w pierwszych miesiącach?

Przez kilka lat, uczestnicząc w forach internetowych, robiłem próby zainicjowania powstania Polskiego TG. Po dwukrotnej, nieudanej akcji zdecydowałem się zainicjować powołanie regionalnego Pomorskiego TG. Zebraliśmy się w kilka osób zainteresowanych genealogią pomorską i takie Towarzystwo powstało. Przed nami (nie licząc kilku herbowych) istniało tylko jedno Śląskie TG Grzesia Mendyki. Można śmiało powiedzieć, że był naszym ojcem chrzestnym.

Pomorskie TG wystartowało w połowie 2005 roku z hasłem: „Jeśli chcesz, by ktoś zrobił coś dla Ciebie, zrób najpierw coś dla innych”.

Za ogromny sukces Pomorskiego TG uważam, że jako pierwsi w Polsce całkowicie sfotografowaliśmy wszystkie księgi Archiwum Diecezji Pelplińskiej i wszystkich parafii tejże Diecezji (poza utworzonymi po wojnie). Wyposażyliśmy z naszych składek w komputery i monitory, powiązane w sieć. Powstała więc pracownia, pierwsza w Polsce, archiwalna całkowicie skomputeryzowana z możliwością przeglądania ksiąg metrykalnych na ekranach monitorów oraz kopiowania poszczególnych metryk na nośniki pamięci.

Po nas powstało kilka regionalnych TG. W tworzeniu niektórych z nich miałem swój skromny udział. Nie byłoby tego gdybyśmy nie mieli w Pomorskiego TG „guru” fotografów metryk, Leszka Ćwiklińskiego, który sam sfotografował większość dostępnych dla poszukiwaczy ksiąg metrykalnych nie tylko z Pomorza, ponosząc przy tym ogromne koszta sprzętu i wyjazdów.

Rok później udało mi się zainicjować powołanie Polskiego TG, którego także byłem współzałożycielem. Zebrałem kilkanaście osób z całej Polski i na spotkaniu w Błędowie nad Narwią postanowiliśmy powołać powyższe Towarzystwo, które miałoby za zadanie integrować środowisko i inicjować wszystko, co pozwoli na rozwój naszego hobby jakim jest historia naszych przodków – genealogia.

Poszukuje pan również przodków dla osób z Polski i z zagranicy. Jakie było najciekawsze zlecenie jakie pan dostał?

W 2000 wraz ze stryjecznym bratem, zamieszkałym w Atlancie (USA) zarejestrowaliśmy po tamtej stronie oceanu firmę poszukiwań genealogicznych w Europie Wschodniej. Moja sytuacja rodzinna, która powstała w 2007 spowodowała, że musiałem się zająć domem i wychowywaniem dzieci, a wyjazdy poza miejsce zamieszkania nie wchodziły w rachubę. Stąd jeszcze czasami prowadzę poszukiwania przodków na Pomorzu, blisko miejsca zamieszkania.

Prawie każde zlecenie było bardzo ciekawe. Najciekawsze? A zarazem najtrudniejsze było poszukiwanie przodków mojej koleżanki o nazwisku Budzisz. Jej przodkowie to rybacy, Kaszubi od pokoleń z miejscowości Kuźnica na półwyspie helskim. Tam, praktycznie, żyli sami Budzisze, którzy zawierali ze sobą związki małżeńskie. Proboszcz w metrykach zapisywał np. Kazimierz Budzisz I, Kazimierz Budzisz II czy Kazimierz Budzisz III. Ubogi słownik imion powodował skomplikowane sytuacje. Przodkowie mojej koleżanki to w IV pokoleniach sami Budziszowie. Ojciec Budzisz i matka z domu Budzisz. To samo z dziadkami, pradziadkami i prapradziadkami. Ogromne skomplikowana, i zarazem ciekawa ze względu na sytuację, genealogia.

Od przeszło 10 lat organizuje pan spotkania genealogiczne w Czarnej Wodzie na Kociewiu „Jak co roku na Wdzie”. Jakie korzyści płyną z takich spotkań genealogów-amatorów?

W roku 2004 wraz z Krzysiem Borowskim zorganizowaliśmy I Ogólnopolski Spływ Kajakowy Genealogów – Wda 2004. Zebrało się nas koło 40 osób z rodzinami z całej Polski (plus jedna zza wschodniej granicy). Wspaniała udana impreza, która pozwoliła nam się poznać w realu. Dotychczas znaliśmy się tylko z wymiany zdań na forach genealogicznych. Co roku na Wdzie już sam organizowałem spływy pod hasłem „Jak co Roku na Wdzie”. W tym roku już po raz 10. W międzyczasie: Brda, Rospuda, Czarna Hańcza, Pilica. Spływy są możliwością osobistego poznania się oraz zafascynowania członków naszych rodzin naszym hobby. Każde takie spotkanie bardziej integruje środowisko i udowadnia potrzebę takich luźnych spotkań. W tym roku poza spływem zorganizowałem także w Czarnej Wodzie, na mojej działce, indywidualne, „Wakacyjne Konsultacje Genealogiczne”. Odwiedziło mnie kilkanaście osób, z odległych od Pomorza terenów a będących w odwiedzinach na ojcowiznach, poszukiwaczy korzeni.

Wielogodzinne konsultacje oraz dostęp do moich obszernych baz danych pomorskich zapewne pozwoliło zainteresowanym znacznie przybliżyć się w poszukiwaniach własnych korzeni.

Jest pan inicjatorem wielu projektów genealogicznych, który z nich był największy i wymagał najwięcej czasu i pracy?

Chyba największym sukcesem było powołanie, inicjowanego 3 razy, Polskiego Towarzystwa Genealogicznego. W latach 2004-2005 środowisko było trochę skłócone poprzez różne projekty Statutu przyszłego Towarzystwa, a także przez jego inicjatorów. Doprowadzenie w końcu do powołania PolTG, w którym miałem znaczny udział, to chyba największy mój sukces w tym temacie.

Jakie ma pan rady dla początkujących genealogów? Od czego najlepiej zacząć przygodę z genealogią?

Nie ma „początkujących genealogów”. Genealog to albo człowiek posiadający wykształcenie w tym kierunku, albo mający ogromne wieloletnie doświadczenie w praktyce poszukiwania korzeni. Początkujący to tylko poszukiwacz korzeni albo popularnie „szperacz rodzinny”.

Poszukiwania genealogiczne koniecznie należy zacząć od utrwalania rozmów z najstarszymi w rodzie. Umiejętnie podejść do nich by się otworzyli i przypomnieli sobie wiele historii rodzinnych oraz swoich rodziców, dziadków czy pradziadków. Zdecydowanie, ludzie w starszym wieku nie pamiętają co jedli na obiad ale będą pamiętali kolor sukni ślubnej. W ich opowiadaniach czasem będzie trochę przeinaczeń ale pamiętajmy, jutro ich może nie być.

Wraz z nimi odejdą w niepamięć nieopisane stare zdjęcia, nie poznamy wielu rodzinnych historyjek a czasami i tajemnic rodziny. Samą tabelaryczną genealogię zaczynajmy od siebie i po kolei: rodzice, dziadkowie i do tyłu. Dziadka braci, siostry, ich małżeństwa i dzieci zostawmy na następny etap. Ruszmy się z przed komputera. Pojedźmy do miejscowości w których się rodzili przodkowie. Starajmy się poznać co robili, jak żyli, kim byli. Zawsze pamiętajmy, że w naszych żyłach płynie krew przodków, niezależnie kim byli: szlachtą czy zwykłymi chłopami. Genealogia nie zna granic społecznych!

Pierwotne miejsce publikacji: More Maiorum nr 9/2013.