#zapachyhistorii: Jak pachnie śmierć?

fot. Pixabay.com

Jak pachnie śmierć? Czy w ogóle pachnie? Czy jest to woń dębowego drewna trumny? A może połączony bukiet zapachowy mokrej ziemi, dymu ze zgaszonych zniczy i polnych kwiatów…? Ale śmierć zawsze pachnie? A co z fetorem, wydobywającym się ze zgniłych ciał, znajdujących się gdzieś na kupie, niedaleko drutu kolczastego, koło nogi esesmana? Lub zmrożone przez północne śniegi ciała katorżników, leżące tak do lata, rozkładające się pośród zapachów syberyjskiej tajgi…?

W obecnych czasach śmierć kojarzona jest z osobą bez szczęki, w podeszłym wieku, chodzącą co dzień do lekarza, leżącą na oddziale geriatrycznym. Przynajmniej taki tok rozumowania panuje
w Europie oraz, ogólnie mówiąc, krajach kultury zachodniej. Jednak kilka tysięcy kilometrów od nas, gdzieś w okolicach Nowosybirska, Irkucka, Władywostoku, na ziemiach Korei Północnej, śmierć wciąż nie jest pięknym kadrem wyrwanym z amerykańskich filmów.

Msza święta, odkrycie trumny, ostatnie pożegnanie ze zmarłym, droga na cmentarz, mowa pożegnalna, zasypywanie trumny kolejnymi grudkami ziemi, spotkania z krewnymi, kwiaty, znicze. Rodzinna atmosfera, w której centralnym punktem jest śmierć. Śmierć kojarzona z zapachami domu, wspomnieniami, wspólnie pieczonym ciastem, zabawą, ulotnymi chwilami … Niby zwykła śmierć, niczym się niewyróżniająca, a jednak… Wielu jej nie doczekało. Nie doczekało tego, aby najbliżsi mogli położyć pachnące kwiaty na grobie.

Czy ich śmierć również kojarzy się tak miło? Jest taką przyjemną chwilą? Iluż z nich śmierć widziało na co dzień? Ba, czuło ją! Wiedziało, że jest blisko. Tuż za barakiem, wielki piec, buchający ogień, komin i dym. I tak przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku. O ile ktoś tych 365 dni dożył. Unoszący się nad obozem gęsty czarny dym, rozpylany Cyklon B o zapachu gorzkich migdałów, a w końcu, rozkładające się w upalne lato ciała, niegojące się rany pacjentek dra Mengele, wydobywający się z nich obrzydliwy fetor ropy – to był zapach śmierci. Nie było orkiestry, nie było księdza, nie było rodziny, nie było kwiatów, nie było zniczy, nie było nikogo. Pozostał tylko zapach w postaci dymu.

Ale czy tylko tak można rozpatrywać woń takiej śmierci? A obozowe wspomnienia, w których przewijają się różne domowe zapachy? Aromaty pieczonego chleba, wigilijnego karpia, smażonych pączków, zasianego zboża, mokrej ziemi bo burzy, polnych kwiatów… A wszystko to mogło zostać rychło zakończone przez zapach wystrzeliwanego naboju z pistoletu. Lub też unoszącego się w powietrzu aromatu wódki, którego źródłem był brudny sołdat, pokrzykujący by szybciej się zbierać.

Wagony, tysiące ludzi, wielokilometrowa podróż, pośród rozległych łąk, zapadłych wsi, niedaleko zatłoczonych miast, a jednocześnie wśród odoru, wydobywającego się gdzieś z rogu, gdzieś gdzie znajdował się niby-ustęp. Dusząca woń, zwiastująca śmierć.

Zapachy, kojarzące się ze śmiercią, mogły trwać jednak nadal. Aromaty świerków, sosen, jodeł, limb targanych przez syberyjskie wiatry i purgi. A pośród tych pięknych dla nosa woni znajdowała się nutka fetoru, unoszącego się nad drewnianymi barakami. I tak jedną i tę samą śmierć zwiastował miły zapach tajgi i fetor półtrupów.

A jaki zapach będzie miała Twoja śmierć?

Alan Jakman

Pomysłodawca powstania periodyku More Maiorum. Od ponad 9 lat interesuje się genealogią. W tym czasie ustalił, że jego przodkowie byli niemieckimi kolonistami sprowadzonymi najprawdopodobniej do wyrębu lasów w połowie XVII w. w okolice Gór Orlickich. Publikuje artykuły dotyczące historii rodzinnego miasta w portalu bielsko.biala.pl.