Prawda i mity, czyli dziadek w Wehrmachcie

Photo credit: timtom.ch via Foter.com / CC BY-NC-SA

Każdy z nas od dziecka słyszał tzw. opowieści rodzinne. Z ust babci, dziadka, rodziców padały często zarówno humoreski, anegdoty rodzinne, jak i straszliwe opowieści o duchach, umarlakach i innych okropnościach.

Na swoim przykładzie wiem, że prababcine opowiadania, wywoływały u mnie wszystkie reakcje – począwszy od przerażenia, a skończywszy na paroksyzmach śmiechu. Wiele historii z czasem stawało się autentykami, ewoluowały przez kilka pokoleń, stając się częścią rodziny

Im stawałam się starsza i im więcej zaczynałam interesować się genealogią, tym bardziej interesowało mnie, dlaczego starsza pani – ciotka Halina, mówi do mojej prababci ciociu. To kim ona jest?

I tak z czasem w moje życie weszła genealogia, a co za tym idzie poszukiwania… Niestety wiązała się z tym również weryfikacja opowieści, która jak się okazało, nie zawsze podobała się rodzinie. Dla jednych prababcia była ostoją prawdomówności, dobroci i rzetelności słów, dla innych plotkarką, złośliwą istotą, o nie zawsze anielskim charakterze, dumną w negatywnym tego słowa znaczeniu, która ubóstwiała ubarwiać rzeczywistość. Dla mnie była cudowna prababcią, ale z czasem zaczęłam widzieć jej prawdziwe oblicze.

Pierwsza skaza na prawdomówności, a raczej rzetelności oceny prababci pojawiła się w momencie odnalezienia aktów urodzenia rodziców prababci. Przynajmniej od 1945 prababcia twierdziła, że jest rodowitą warszawianką – z dziada pradziada, co w jej mniemaniu miało deprecjonować napływowych, nowych mieszkańców stolicy. Co ciekawe, jej syn nigdy tym słowom nie zaprzeczył. I nagle po 60 latach okazało się to nieprawdą – zarówno ojciec, jak i matka pochodzili spoza Warszawy, z małych wsi. Z dalszych poszukiwań wynikło, że nieprawdą jest, jakoby moja prababcia czytywała ojcu książki, bo miał słaby wzrok. Może i miał, ale główną przyczyną był jego analfabetyzm, co nie było niczym nadzwyczajnym w tamtych czasach. Niestety te dwie sprawy zaczęły dzielić rodzinę.

Efektem domina, reszta faktów zaczęła się już toczyć własnym torem. Odnalezienie dokumentów, z których wynikało, że zwykłe, szare nazwisko zmieniono na bardziej pańskie, bo tak ładniej brzmiało, dopełniło czary goryczy. Kłócono się ze sobą, zaczęto wymawiać sobie różne dziwne rzeczy.

Ale i z tych „kłótni” można było się wiele dowiedzieć. Ludzie nie panują wtedy nad sobą, i prawda wychodzi na jaw. Dzięki tym sporom dowiedziałam się, że jedna z prababcinych sióstr brała udział w zamieszkach rewolucyjnych w 1905 roku i znała Dzierżyńskiego, za co prapradziadek potraktował ją w odpowiedni sposób, wbijając jej do głowy (a raczej w inną część ciała) patriotyzm i odpowiedzialność jako, że Dzierżyńskiego nienawidził i nazywał go krwawym chamem; a także i o tym, że pradziadek ze złości na rząd Piłsudskiego, zapisał się do jakiejś lewicowej organizacji, czego później żałował i co spowodowało zgrzyt i rozłam w rodzinie. Zmądrzał dopiero w 1937 r. Dzięki przysłuchiwaniu się tym kłótniom, zaczęłam odkrywać nowe gałęzie rodziny – nieślubni potomkowie byli skrzętnie zatajani w oficjalnych opowieściach, ale istnieli w rzeczywistości, często pomagając tym „oficjalnym” i będąc dla nich ostoją i pomocą w czasie okupacji. Wiele rodzinnych tajemnic ujrzało światło dzienne, dając początek odkryciom genealogicznym.

Dla mnie takie odkrycia są wiele warte. Nie mam prawa oceniać moich przodków, wstydzić się za nich, oczerniać ich bądź skrywać ich działania. Zdałam sobie sprawę, że my, genealodzy, powinniśmy zachowywać obiektywizm prawdziwych historyków. Przedstawiać fakty, ale ich nie komentować. Nie ma ludzi idealnych. Bo w końcu gdyby nie oni, nas by nie było, prawda?