[wywiad] „Nasze życie to sztafeta pokoleń ” – o genealogii z dr. Zbigniewem Girzyńskim

Dlaczego postanowił opublikować Pan swoją genealogię po mieczu w Internecie?

Genealogia to jedna z moich pasji. Jako historyk lubię wszystko, co związane z przeszłością, przeszłość własnej rodziny to coś, co pewnie każdego interesuje. Mam drzewo genealogiczne na jednym z specjalistycznych profili społecznościowych i stąd taki pomysł, aby jego fragment pokazać w Internecie.

Czy według Pana genealogia, jako nauka pomocnicza historii, jest istotna w poznawaniu historii własnego kraju (np. poprzez pryzmat własnej rodziny)?

Istotna, ale niestety nie doceniana. Patrząc z perspektywy nawet własnych doświadczeń z czasów studiów historycznych, była ona całkowicie pomijana. A szkoda. Myślę, że troszkę za mało w naszej dydaktyce kładzie się nacisku na praktyczne zastosowanie zdobywanej wiedzy. Myślę, że gdyby np. w ramach ćwiczeń z nauk pomocniczych historii, obarczać młodych adeptów historii koniecznością sporządzenia nawet małego, własnego drzewa genealogicznego, to troszkę z większą przychylnością potem, w dorosłym życiu, patrzylibyśmy na ten piękny fragment naszych dziejów, jakim są losy własnej rodziny.

W wywodzie przodków, zamieszonym na Pana stronie internetowej, można zauważyć, że Pana pradziadek – Antoni, nosił nazwisko „Giżyński”, zaś jego syn już „Girzyński”. Czy znana jest Panu przyczyna zamiany litery „ż” na „rz”?

Pierwotka pisownia mojego nazwiska to „Gierzyński”, pod koniec wieku XVIII „zgubiła się” literka „e” i moi przodkowie pisali się tak jak ja obecnie, czyli „Girzyński”. W wieku XIX, zapewne z powodu częstego zapisywania nazwiska cyrylicą, bo był to zabór rosyjski, „rz” w nazwisku zastąpiono „ż”. Gdy na świat przyszedł mój dziadek Jan, jego nazwisko organista czy kościelny, zapisał ponownie przez „rz”. Co ciekawe, dwaj jeszcze żyjący jego bracia piszą się przez „ż”. Pisownia nazwisk i błędy jakie się przy tym zdarzają, to stały element, jaki towarzyszy wielu rodzinom.

Pana antenaci, włącznie do 5xpradziadka, są opisani miarę szczegółowo. Z jakich dokumentów korzystał Pan, ustalając te informacje?

Przede wszystkim były to księgi metrykalne zdeponowane w parafiach oraz w Archiwum Diecezjalnym w Płocku. Moi przodkowie na szczęście nie odznaczali się nadmierną ruchliwością i na przestrzeni prawie 500 lat w zasadzie zamieszkiwali zawsze pogranicze Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej. Na szczęście dość dobrze zachowały się w tym terenie dokumenty i można było ustalić informacje o moich przodkach.

Kilka następnych pokoleń, włącznie do Jakuba zwanego Pieczonką (zm. przed 1543), zostało opracowanych na podstawie pracy prof. Jerzego Łempickiego. Tak duże publikacje zawsze obarczone są błędami – czy będzie Pan podejmował próby ustalenia informacji o tych przodkach na podstawie źródeł archiwalnych (np. ksiąg grodzkich płockich)?

Rzeczywiście herbarz prof. Łempickiego okazał się wielce przydatny. I znów miałem szczęście, że akurat te część Mazowsza, z którą związane są dzieje mojej rodziny, zdążył on przygotować. Weryfikowaliśmy to także w oparciu o inne źródła archiwalne. Piszę w liczbie mnogiej, bo nieodzowna okazała się pomoc wielkiej pasjonatki genealogii i mojej kuzynki (nasze drzewa genealogiczne schodzą się gdzieś w XVIII w.) Alicji Reszczyńskiej, która w tych sprawach zrobiła naprawdę ogrom pracy, bez której nigdy bym tego sam nie ustalił.

fot. www.girzynski.pl

fot. www.girzynski.pl

Skąd wywodzą się Pana przodkowie po kądzieli? Czym się zajmowali?

I po mieczu, i po kądzieli wszyscy związani byli ze wsią i z Mazowszem. W przypadku Taty było to zubożałe rycerstwo z okolic Płocka, w przypadku Mamy było to drobne chłopstwo z terenów dzisiejszego powiatu żuromińskiego. Tam też i mi przyszło spędzać dzieciństwo i się wychowywać.

Jak zapamiętał Pan swoich dziadków? Jakimi byli ludźmi?

Dziadka ze strony Mamy nie pamiętam, ponieważ zmarł, gdy miałem 2 lata. Dziadek ze strony Taty umierał, gdy byłe w maturalnej klasie, ale nie mieszkał z rodzicami, więc pamiętam go również słabo. Babcie obie pamiętam bardzo dobrze. Zwłaszcza babcie Pelagię od strony Mamy była bardzo kochana. Wkładała wiele serca w moje wychowanie i moich sióstr. Ich zdjęcia wiszą przy moim biurku, gdy pisze odpowiedź na to pytanie. To przecież korzenie, z których wyrastam. Nie byłoby mnie, gdyby nie oni. Nie byłby tym, kim jestem, gdyby nie ich trud.

Czy według Pana osoba, ubiegająca się o wysoki urząd w państwie, powinna publikować swoją genealogię, tak jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych?

Niekonieczne. Nie odpowiadamy, ani za grzechy czy przewinienia naszych przodków, ani nie jesteśmy spadkobiercami ich zasług. Jeśli jednak ktoś, tak jak ja, ma taką pasję, to czemu się nie podzielić nią z innymi? Nie zapomnę jak kiedyś, miał wtedy chyba 10 lat, popatrzył na to nasze drzewo genealogiczne mój syn i powiedział: „ja też muszę mieć synka”. Było to urocze, bo to dziecko przecież, a samo z siebie zrozumiało, że nasze życie jest tylko udziałem w sztafecie pokoleń i pałeczkę, którą przekazali nam antenaci, musimy przekazać naszym następcom.

Górna fotografia – Lukas Plewnia from Berlin, Deutschland, Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic

Alan Jakman

Pomysłodawca powstania periodyku More Maiorum. Od ponad 9 lat interesuje się genealogią. W tym czasie ustalił, że jego przodkowie byli niemieckimi kolonistami sprowadzonymi najprawdopodobniej do wyrębu lasów w połowie XVII w. w okolice Gór Orlickich. Publikuje artykuły dotyczące historii rodzinnego miasta w portalu bielsko.biala.pl.