Iwona Fischer: „Bez udostępniania zasobu archiwalnego praca archiwisty traci sens”

Iwona Fischer
fot. Archiwum Narodowe w Krakowie

Opublikowana w 2018 roku seria tekstów poświęcona dokumentom wytworzonym po 1945 roku wniosła wiele nowego do wiedzy o źródłach genealogicznych. – Zadaniem archiwistów jest informowanie o tym, jakie akta posiadamy, aby zainteresować nimi szeroką publiczność – tłumaczy w wywiadzie dla naszego magazynu Iwona Fischer.

Publikowany w 2018 roku cykl o dokumentach powojennych jako źródłach do badań genealogicznych w miesięczniku More Maiorum zaprezentował dotychczas mało wykorzystywane przez genealogów archiwalia. Jaki był jego główny cel?

Główny cel cyklu zbieżny jest z celami statutowymi archiwów państwowych – to udostępnianie materiałów archiwalnych. Archiwiści kształtują narodowy zasób archiwalny, gromadzą go, przechowują, ewidencjonują, opracowują, konserwują – a to wszystko po to, aby udostępniać społeczeństwu zgromadzone archiwalia. Bez udostępniania zasobu archiwalnego, praca archiwisty traci sens, a zamknięte na głucho w magazynach akta stają się bezużyteczną makulaturą. Naszym zadaniem jest też informowanie o tym, co posiadamy, aby zainteresować szeroką publiczność. I tak pokazujemy np. źródła dotyczące odzyskania niepodległości w 1918 roku, wskazując badaczom tego okresu kolejne dokumenty do ich badań.
Podobnie zadziałaliśmy i tym razem – w cyklu o dokumentach powojennych pokazaliśmy ich ukryty potencjał w poszukiwaniach genealogicznych i tym samym zawołaliśmy: Genealodzy! Zapraszamy do archiwów państwowych! Jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia w historii waszych rodzin!

Dokumenty te są w znacznej większości dostępne dla rodziny. Z jakimi jeszcze ograniczeniami w dostępie do nich możemy się spotkać?

Pamiętać trzeba, że mamy do czynienia z aktami najnowszymi, dotyczącymi w dużej mierze osób żyjących, a te mają prawo do prywatności. Nie wszystko udostępnimy genealogowi. Na przykład w przypadku akt rozwodowych naszych dziadków, kiedy jeden ze współmałżonków żyje, musimy od niego uzyskać zgodę lub pełnomocnictwo przy takiej sprawie. Jeśli dziadkowie nie żyją, możemy prowadzić badania genealogiczne i tym samym zaspokoić swoją ciekawość w tym zakresie. Analogicznie chronić będziemy wszystkie wrażliwe informacje – m.in. adopcje, przysposobienia, dokumentację medyczną czy sprawy własnościowe. Pamiętajmy też, że niektóre informacje o naszych przodkach mogą być równocześnie danymi o nas samych. Świetnym przykładem jest tu dokumentacja medyczna dotycząca chorób psychicznych czy onkologicznych, jak wiemy w dużej mierze mających podłoże genetyczne. Pewnie niekoniecznie chcielibyśmy dzielić się taką informacją ze wszystkimi, słusznie przypuszczając, iż znajdą się tacy, którzy ten fakt mogą wykorzystać, aby nas zdyskredytować.

I jest jeszcze jedno ograniczenie, które wywołuje wiele komentarzy. To wydawanie kopii wierzytelnych. Pamiętać trzeba, że czym innym jest kopia zwykła (wykonana przez samego genealoga lub profesjonalnie przez archiwum), a czym innym jej uwierzytelnienie. Kopie uwierzytelnione są wydawane na podstawie Kodeksu postępowania administracyjnego i tylko tym osobom, które mają interes prawny. Genealogowi wydamy zwykłą kserokopię oznaczoną sygnaturą akt, nie naniesiemy tam jednak formuły uwierzytelniającej – bo takowa może zaistnieć tylko w momencie podjęcia jakiejś czynności prawnej i przynależy osobie występującej w aktach lub jej spadkobiercom. Ostatnio na jednej z konferencji usłyszałam skargę, że archiwiści państwowi wydali kopię zwykłą i nie chcą dać uwierzytelnionej – boją się, bo mamy RODO. To kolosalne niezrozumienie! Nie mylmy potrzeb genealogów z prerogatywami spadkobierców, mających określone w prawie uprawnienia. To nie strach nami kieruje tylko respektowanie polskiego prawa.

A jak wygląda więc kwestia publikacji zdjęć takich dokumentów?

Publikacja kopii dokumentów dotyczących osób żyjących musi opierać się na poszanowaniu ich prawa do prywatności. To nie z archiwami należy konsultować np. umieszczenie skanu w Internecie – a właśnie z osobami opisanymi w dokumentach. Genealog może wykonać kopię akt dotyczących jego bliskich (z wyjątkiem danych wrażliwych, jak wspominana adopcja czy informacje o stanie zdrowia), ich publikację musi jednak przemyśleć. Warto zapytać naszych bliskich, czy sobie tego życzą. Pewnie w większości przypadków dostaniemy zgodę i dodatkowy fachowy komentarz do pozyskanych informacji czy dokumentów. To zresztą znakomity pretekst do dalszych badań. Niekiedy jednak możemy usłyszeć „nie” i powinniśmy to uszanować. Uwaga ta dotyczy zarówno kopii dokumentów, jak i pozyskanej z nich informacji. Dla osoby, która nie chce ujawniać faktów ze swojego życia znaczenie ma anonimowość, a nie forma przekazania informacji.

Fischer Iwona

Arkusz rejestracji szkód wojennych, fot. Archiwum Narodowe w Krakowie

Czy tego typu archiwalia, jeśli nie dotyczą rodziny, można uzyskać w trybie dziennikarskim lub naukowym?

Oczywiście dziennikarze i naukowcy mają najszerszy dostęp do archiwaliów, ale pamiętajmy – obie te grupy są także zobowiązane do ochrony informacji o osobach żyjących. Nie bez powodu w pracowniach naukowych wszyscy na równi dostają do wypełnienia Zgłoszenie użytkownika. Jedną z jego części jest oświadczenie o wykorzystaniu informacji zgodnie z zadeklarowanym celem udostępnienia, a także w poszanowaniu ochrony danych osobowych i informacji wrażliwych.

Archiwiści poproszą także, zwłaszcza przy tematach szczególnie wrażliwych, o okazanie legitymacji dziennikarskiej lub, w przypadku naukowców, o pismo polecające od promotora pracy naukowej. Mamy, na szczęście rzadko, do czynienia z oszustwami np. osobami, które pod płaszczykiem badań naukowych chcą otrzymać dokumentację własnościową konkretnej kamienicy. Tu archiwiści są niezwykle wyczuleni, choćby z tego powodu, że po kolejnych nieprawnych przejęciach gruntów pytania o osoby, którym udostępniliśmy tego typu akta, bardzo często zadaje nam prokurator. Po wskazaniu konkretnej osoby pada kolejne pytanie – jaka była podstawa prawna takiego udostępnienia. Tak więc nie trudno domyślić się, że każdy archiwista trzy razy dmucha na zimne.

Dokumenty z pierwszych lat powojennych to dobre źródło informacji o losach przodków w trakcie II wojny światowej. W jakich zespołach powinniśmy takich danych przede wszystkim szukać?

Zawsze w okresach powojennych wiele się zmienia – ludzie przemieszczają się zmuszeni m.in. znaczną utratą terytorium państwa, poszukiwaniem swoich bliskich, zawodu lub pracy, oczekują od państwa pomocy. Toteż niemal wszystkie urzędy państwowe, miejskie i gminne starają się sprostać tym oczekiwaniom, a tym samym tworzą dokumenty dotyczące konkretnych osób. Najprościej byłoby powiedzieć, że szukać można w każdym zespole archiwalnym.

Najwięcej znajdziemy w aktach urzędów wojewódzkich oraz zarządów miejskich i gminnych, ale też wszelkich instytucji o charakterze pomocowym czy likwidujących skutki wojny.

Pierwsze lata powojenne to także wiele procesów sądowych o uznanie zaginionej osoby za zmarłą, o czym pisała pani w jednym z artykułów. Czy akta z tych spraw znajdują się wyłącznie w archiwach państwowych?

Akta o uznanie za zmarłych podczas okupacji osób powinny znajdować się w archiwach państwowych. Również wszelkie akta sądowe, które uznajemy za materiały archiwalne, powinny trafić do tych archiwów. Czasem, choć już niezwykle rzadko, są jeszcze w sądach, niekiedy trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej. To bardzo ciekawe archiwalia nie tylko dla genealogów, ale także dla historyków. I tu drobny przykład: w czasie wojny w zbrodni katyńskiej straciliśmy ponad 21 tys. osób. Po wojnie rodziny musiały uznać ich za zmarłe. Jakże interesująca jest korespondencja tych osób i próba napisania o tamtych wydarzeniach w okresie, w którym „oficjalna prawda” mijała się z rzeczywistością. Jako dowody w sprawie załączano np. listy lub pocztówki ze Starobielska, które szybko znikały z sądowych akt za sprawą UB czy SB. To niezwykle ciekawa sytuacja dotycząca jakże bolesnego aspektu naszej najnowszej historii.

Wiele zespołów powojennych nosi nazwę „Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Brzegach”. Co zazwyczaj możemy odnaleźć w tym zespole?

Najprostsza odpowiedź brzmi – to, co dziś znajdziemy w aktach urzędu gminy. Prezydia Gromadzkich Rad
Narodowych z perspektywy genealoga możemy traktować analogicznie, historycznie jest sporo różnic. Ale to właśnie w Gromadzkiej Radzie Narodowej płaciliśmy podatki, meldowaliśmy się, staraliśmy się o dowody osobiste, prawa jazdy, zgłaszaliśmy działalność gospodarczą, rozgraniczaliśmy nieruchomości itp. Zakres tych urzędowych spraw różni się w czasie. Na przykład dowody osobiste w pewnym czasie wydawała MO. Z uwagi na fakt, iż GNR-y działały na terenie wiejskim, czasem załatwiały także inne sprawy np. notarialne, z uwagi na fakt niedostępności do tego typu usług na danym terenie. I tak przykładowo testamenty można było spisać w GRN, niekoniecznie poszukując notariusza w oddalonym czasem o wiele dziesiątek kilometrów mieście.

Archiwalia te gromadzą nie tylko wiedzę o tych, którzy popierali ówczesną władzę, ale także tych, którzy byli jej przeciwnikami. O najbardziej aktywnych zapewne znajdziemy najwięcej dokumentów?
Zdecydowanie tak. Im bardziej aktywny w każdym okresie historycznym i na każdym polu był nasz przodek, tym więcej o nim znajdziemy. Jeśli, jak to mówimy potocznie, wszędzie go było pełno – analogicznie będzie w dokumentach. Mniejsze znaczenie ma polityczna strona barykady, po której działał. Jednak więcej informacji zachowało się o osobach sprzyjających władzy – są ich wypowiedzi, przynależność do partii czy innych organizacji, pochwały, nagrody i odznaczenia, zapraszanie do równego rodzaju gremiów do wyborów na radnych i posłów włącznie. Po drugiej stronie politycznej barykady będą z kolei liczne wzmianki pozyskiwane przez organy bezpieczeństwa państwa.

Iwona Fischer

A co z osobami neutralnymi w stosunku do władzy? Gdzie o nich szukać informacji?

W tych samych aktach, tyle że będzie ich stosunkowo mniej. Ale i tak każdy człowiek musi zostać zarejestrowany przy urodzinach, melduje się, uczy, pracuje, uzyskuje poszczególne dokumenty – a te czynności zawsze są uwiecznione w urzędowych aktach. W dokumentach nikt nie jest więc anonimowy.

Czy w archiwach państwowych zachowała się np. powojenna prasa?

W większości archiwów mamy powojenną prasę, szczególnie tę wydawaną lokalnie. Choć tutaj przede wszystkim odsyłałabym zainteresowanych do bibliotek, zwłaszcza do bibliotek cyfrowych. Prasa była i jest drukowana na najgorszym gatunku papieru, zwłaszcza dzienniki aktualne przecież zaledwie jeden dzień. Toteż materiały te są w coraz gorszym stanie technicznym. Biblioteki w pierwszej kolejności zajęły się digitalizacją czasopism i tak możemy poczytać wirtualnie choćby przedwojenny Czas Krakowski czy Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Zbiory powojenne też zaczynają być już dostępne. Tylko w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej można czytać ogólnopolskie gazety Tygodnik Powszechny z lat 1945–1953, Życie Literackie z lat 1945–1990 czy krakowski Dziennik Polski z lat 1945–1990. W realizacji jest cyfryzacja dwóch kolejnych wielkich tytułów: Gazety Krakowskiej i Echa Krakowa. To oczywiście przykład krakowski, ale w innych częściach Polski jest podobnie. Tak więc w tym przypadku zaprosić trzeba raczej przed ekran osobistego komputera, sporadycznie do biblioteki – nie zaś do konkretnego archiwum.

Gdzie jeszcze, oprócz archiwów państwowych, można szukać akt powojennych?

We wszystkich innych instytucjach prowadzących działalność archiwalną lub przechowujących archiwalia. Wymienić trzeba przede wszystkim Instytut Pamięci Narodowej, archiwa służb mundurowych, do których nie mają dostępu „cywilni” archiwiści, inne archiwa wyodrębnione, archiwa zakładowe, uczelni wyższych oraz muzea i biblioteki. Pamiętać trzeba także o archiwach społecznych – odnośnie do tematu akt powojennych prym wiedzie tu oczywiście Ośrodek KARTA. Możliwości jest wiele i rodzą się następne inicjatywy. Historia najnowsza cieszy się dużym zainteresowaniem wśród historyków.

Z powodu braku papieru czasami można odnaleźć druki urzędowe tworzone np. na zadrukowanych jednostronnie arkuszach III Rzeszy. Z jakimi ciekawymi i niestandardowymi dokumentami spotkała się Pani w trakcie kwerend?

To bardzo ciekawa kwestia. Pamiętać trzeba, że zwłaszcza okres tuż po działaniach wojennych, to czas dla ludzi najtrudniejszy, w którym zmagają się z wszystkimi najbardziej dotkliwymi utrudnieniami życia. To czas głodu, braku mieszkania, poszukiwania bliskich. Także dla administracji to czas tworzenia wszystkiego od nowa – biur, personelu, organizacji, prawa. W tym szczególnym czasie pisano na tym, co było pod ręką. A w 1945 roku pozostała po administracji niemieckiej sterta bezwartościowej korespondencji lub czystych formularzy. Oczywiście to, co było ciekawe z historycznego punktu widzenia, a właściwie rzec by należało, mogło być dowodem na okupacyjną działalność niemiecką, zostało albo zabrane, albo zniszczone.

Większość akt administracji państwowej i samorządowej tuż po 1945 roku w dużej mierze prowadzona była na tej poniemieckiej makulaturze. I tak, aby wymienić kilka przykładów: kartoteki Miejskiego Komitetu Opieki Społecznej w Krakowie prowadzone były w zdecydowanej większości na pustych niemieckich formularzach podatkowych. Muszę powiedzieć, przejmuje to grozą – z jednej strony informacje o wywiezieniu do Oświęcimia, adnotacje o braku mieszkania i wydanym płaszczu, bochenku chleba, lekach, a z drugiej rozliczenie podatku.

W późniejszym czasie używano także niemieckich lub nawet powojennych plakatów i afiszy obwieszczeniowych, rosyjskich map wojskowych, fragmentów niezadrukowanych kalendarzy czy innych wydawnictw – dzielono je na strony formatu A4 i zapisywano. Czasem nawet udaje się złożyć taki afisz czy plakat, niezachowany w całości w zbiorach archiwalnych. Na marginesie powiedzieć trzeba, że i w czasie okupacji zdarzały się takie przypadki – np. Archiwum Narodowe w Krakowie część własnej registratury posiada na formularzach ukraińskich, bo takie akta wtedy były porządkowane, a wydzielona z nich niepotrzebna makulatura dostawała drugie życie.

Taka rzeczywistość rodzi dzisiaj pytania przy digitalizacji zbiorów – czy skanować wszystko (w tym i ciekawe odwrocia dokumentów, zakładki, przekładki z prasy powojennej, obwoluty z plakatów), czy tylko zasadnicze wytworzone świadomie przez urząd dokumenty. Z jednej strony musielibyśmy np. przy kartotekach wykonać dwa razy więcej skanów (identycznych zresztą pustych formularzy), z drugiej zdecydowanie zubażamy przekaz, pomijając tego typu rzeczy, ale też nie zaciemniamy obrazu epoki rzeczami z zupełnie innej rzeczywistości. I tak źle i tak niedobrze. Zawsze coś tracimy.

Iwo

Jak ocenia pani, jako kierownik IV oddziału krakowskiego archiwum narodowego, w którym gromadzone są właśnie dokumenty wytworzone po 1945 roku, zainteresowanie genealogów tymi aktami?

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że genealodzy bardzo rzadko trafiają do oddziałów akt najnowszych, także do tego, którym przyszło mi od kilkunastu lat kierować. Tu jest pewna rozbieżność. Z jednej strony oddziały akt najnowszych wykonują najwięcej kwerend i odpowiedzi na wszelkiego rodzaju zapytania, a przyjmują najmniej korzystających w pracowniach naukowych. Ma to odzwierciedlenie w prowadzonych przez archiwistów statystykach. W przypadku Archiwum Narodowego w Krakowie widać to szczególnie dobitnie z uwagi na chronologiczny podział naszego zasobu na oddziały prowadzące własne czytelnie akt. Choć ten rok był szczególny, bo pobiliśmy rekord zarówno w liczbie kwerend, jak i użytkowników. Z jednej strony to niezwykle cieszy, z drugiej kryje się bardzo ciężka praca zaledwie garstki pracowników.

Czy genealodzy są świadomi, że archiwa państwowe gromadzą nie tylko XIX-wieczne metryki?

Zdecydowanie tak – genealodzy, tak jak i inni badacze, dobrze wiedzą, że źródła historyczne do czasów
najnowszych znajdują się w archiwach państwowych. Zdarzają się historycy rodzinni z bardzo szeroką wiedzą historyczną, większość jednak nie ma świadomości, że tego typu akta też mogą służyć do badań genealogicznych. Bo wiedza o aktach najnowszych zdecydowanie jest – nie zawsze jednak genealodzy potrafią dostrzec, że i tu można wiele znaleźć o własnych przodkach.

Kto najczęściej korzysta z akt po 1945? Genealodzy, historycy, a może kancelarie prawne?

Jak już wcześniej powiedziałam, genealodzy są najmniej liczną grupą badaczy korzystających z akt najnowszych. Zdecydowanie większe zainteresowanie wykazują historycy, zwłaszcza z uwagi na modne dziś badania dotyczące czasów PRL. Tu ilość użytkowników ciągle rośnie. Stałymi bywalcami są też pracownicy IPN – uzupełniający kwerendę historyczną przede wszystkim w aktach PZPR. Jednak największa grupa korzystających z tych archiwaliów – zarówno w formie wykonywanych przez archiwistów kwerend, jak i udostępnień w pracowniach naukowych, to urzędnicy, kancelarie prawne i osoby prywatne, starające się o wszelkiego rodzaju odszkodowania. Po 1989 roku, po zmianie systemu politycznego, do archiwów trafiają kolejno osoby szukające dowodów na działalność antykomunistyczną, prześladowania z powodów politycznych, pracę w III Rzeszy, utratę majątku w okresie okupacji. Niektóre grupy społeczne musiały dłużej walczyć o odszkodowania np. repatrianci – dopiero ustawa z 2005 roku otworzyła możliwość ich uzyskania.

Do tego dochodzą sprawy odszkodowań za wywłaszczone nieruchomości, upaństwowione zakłady pracy, regulacje stanu prawnego kamienic czy kwestie bezprawnego stawiania słupów elektrycznych, czy prowadzenia przez prywatny teren rur wodnych, gazowych czy innych mediów. Z reguły kwerendy takie wykonujemy podwójnie: raz dla prywatnej osoby lub reprezentującej ją kancelarii prawnej, drugi raz dla urzędów, w których gestii jest załatwianie tego typu spraw. Czasem zdarza się jeszcze i trzeci raz – gdy wyniki poszukiwań trafiają do sądów, jeśli sprawa zakończyła swój bieg administracyjny, a rozpoczęła sądowy.

Co powinien wiedzieć genealog, który chce skorzystać z akt powojennych?

Przede wszystkim powinien być przygotowany do badań. Akt najnowszych mamy ogromną ilość – PRL to czas przerostu biurokracji i wytwarzania ogromnej ilości dokumentacji. Przystępując do poszukiwań, musimy zgromadzić dotychczas pozyskaną wiedzę o naszych bliskich. Na przykład, jeśli szukamy, czy zachowała się koperta dowodu osobistego naszego przodka, musimy wiedzieć, gdzie był zameldowany. Te informacje możemy pozyskać od innych członków rodziny. Te dane są kluczowe – określą bowiem do jakiego zespołu archiwalnego będziemy sięgać. Nie ma tu możliwości przeszukiwania zespołów wszystkich podobnych urzędów – jest ich kilkadziesiąt tysięcy. Musimy zacząć od znanych faktów i spróbować odnaleźć dokumenty na ich poświadczenie. Ale mieć też nadzieję, że te otworzą jakieś nowe drogi poszukiwań i tym samym dowiemy się czegoś więcej niż to, co znamy z rodzinnej tradycji.

Fischer

Kwestionariusz Krzysztofa Pendereckiego, fot. Archiwum Narodowe w Krakowie

Zapewne po 1989 roku niektóre z mniej wygodnych akt/zespołów zostały wybrakowane. Czy takie sytuacje miały miejsce w archiwach państwowych? Jeśli tak, to czego najczęściej dotyczyły niszczone dokumenty i jaka była skala tego procederu?

Brakowanie mniej wygodnych akt to domena czasów sprzed 1989 roku, zakończona spektakularnie paleniem akt partyjnych w 1990 roku, tuż przed likwidacją PZPR. Skala była różna w różnych regionach Polski. Z przykrością trzeba powiedzieć – sukces był po stronie niszczących akta. Po 1989 roku też mieliśmy wiele przypadków niszczenia dokumentów – tu jednak powód był przede wszystkim ekonomiczny. Wówczas chodziło o dokumenty, zwłaszcza akta osobowe, likwidowanych przedsiębiorstw państwowych – szybciej i taniej było je zniszczyć, niż łożyć na ich porządkowanie i przechowywanie. Stąd wiele osób ma dziś problem z uzyskaniem zaświadczenia o pracy i płacy, a co za tym idzie wyliczenia takiej wysokości emerytury, na którą faktycznie przez lata zapracowali.

Ale powiedzieć też trzeba jasno, iż nie zachowujemy wszystkich akt wytworzonych przez instytucje publiczne. Nie ma takiej możliwości. Do niedawna pozostawialiśmy ich ok. 10-15 proc. i to z wytypowanych wcześniej instytucji. Obecnie ilość ta wzrosła nawet dwukrotnie, nierzadko pod presją badaczy czy genealogów. Jako archiwiści decydujemy o tym, jakie akta pozostaną jako źródła do historii naszego państwa, naszego regionu i nas samych.

Staramy się, aby historycy mogli na podstawie tego wyboru pisać podręczniki i opracowania historyczne na wszystkie tematy. Od historii politycznej i gospodarczej po życie codzienne, miłośnicy historii i regionaliści mogli pozyskać ciekawe fakty o swoim regionie, osoby prywatne dowiedziały się cokolwiek o swoich bliskich. Wartościując akta i decydując, które z nich pozostawimy dla przyszłości, myślimy także o genealogach. Z jednej strony wiemy, że ich w stu procentach nie zadowolimy – bo np. do wieczystego przechowywania typujemy akta osobowe tylko wybranych osób, ale mając możliwość pozostawienia akt zbiorczych np. wykazów uczniów czy absolwentów w szkołach, kwalifikujemy takowe w większości do materiałów archiwalnych.

Na koniec dodać trzeba, iż wartościowanie akt w dobie wytwarzania coraz większej ilości dokumentów, staje się coraz trudniejsze. To obecnie spędza sen z powiek archiwistów. Mamy świadomość, że nasz wybór i nasze decyzje zdeterminują zarówno późniejsze badania historyczne, jak i możliwość podejmowania satysfakcjonujących genealogów badań dotyczących własnych rodzin.

Iwona Fischer: historyk i archiwista z wieloletnim doświadczeniem i praktyką zawodową. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (kierunek historia) i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (studia podyplomowe z archiwistyki).

Specjalizuje się w tematyce opracowania dokumentacji aktowej, fotograficznej oraz wartościowania dokumentacji.

Pracownik Archiwum Narodowego w Krakowie na stanowisku kierownika Oddziału IV – akt najnowszych wytworzonych po 1945 roku oraz akt jednostek gospodarczych z XIX i XX wieku.

Pierwotne miejsce publikacji: More Maiorum nr 1 (72) | Styczeń 2019.