“Bieżeństwo było jednym z tematów rodzinnych opowieści” – Aneta Prymaka-Oniszk

Aneta Prymaka-Oniszk (po lewej stronie). Spotkanie autorskie, Lublin, 11 maja 2017 roku

Szli dzień i noc. Wszyscy. Bez względu na wyznanie i wykonywany zawód. Największy exodus XX wieku opisała Aneta Prymaka-Oniszk. Jak rodzinne opowieści przyczyniły się do napisania książki? I czy z okruchów bieżeńskiej historii można zbudować własną tożsamość?

Wiem to i z lektury książki, i z różnych wypowiedzi o okolicznościach jej powstania, że opowieści o przeszłości rodziny były obecne w pani domu.

Wychowałam się na wsi, gdzie codzienność była przesycona opowieściami z przeszłości. Wystarczyło spotkanie – święta, ślub, pogrzeb, czy też wspólna praca przy wykopkach albo żniwach – by popłynęły wspomnienia. Lubiłam słuchać, coś z tego zostawało w mojej głowie i potem się odzywało, gdy pojawiły się pytania o tożsamość.

Bieżeństwo było jedną z tych najwcześniejszych wspomnień. Opowiadała o nim babcia Nadzia, która jako młoda dziewczyna w 1915 roku z podlaskiej wsi trafiła na Kaukaz. Nie była to historia skierowana do mnie. Babcia rozmawiała z sąsiadkami, rodziną, a ja słuchałam przy okazji. Zostały mi w głowie szczątki obrazków: step, góry majaczące na horyzoncie, arbuzy i winogrona oraz zboże sypane do rzek i trupy wynoszone z pociągu.

Jak te, opowiadane przez babcie i ciocie, sąsiadów i ich bliskich, historie wpłynęły na budowanie własnej tożsamości, w kontekście odtwarzania historii rodziny i tworzenie drzewa genealogicznego?

Babcia umarła jak miałam 7 lat, ale do mnie te obrazki wracały, głównie w przełomowych momentach życia. Niewiele z nich rozumiałam, trudno je było wpasować w historię. W szkole o bieżeństwie nie wspominano, podobnie jak w muzeach regionalnych, w ówczesnych mediach. Nie wiedziałam, kiedy dokładnie, kto, po co, dlaczego? Ale nie potrafiłam zapomnieć, jakby ta historia miała mi coś do powiedzenia.

Gdy podjęłam temat bieżeństwa, zaczęłam rozmawiać z ludźmi, czytać, szukać dokumentów, w końcu założyłam portal biezenstwo.pl. I ta historia jakby zaczęła mówić. Nie tylko do mnie i nie tylko w moim imieniu. Nagle okazało się, że o zapomnianym na pozór bieżeństwie, dokładnie 100 lat po wydarzeniu, zaczynają powstawać spektakle teatralne, filmy, wystawy, pantomimy, opowiadania szkolne; że tysiące ludzi chce zbadać bieżeńskie losy swoich rodzin. Zaczęto dostrzegać wpływ bieżeństwa na wygląd podlaskich wsi, na ludową muzykę, na mentalność. Stało się ono elementem budowy tożsamości wielu ludzi.

Bieżeńcy w drodze, rok 1915, fot. brest-sv.com

Jak odtworzyć historię rodziny z tak skąpych relacji i niewielu materiałów archiwalnych, które mogłyby rzucić więcej światła na losy rodziny?

Z dokumentami jest trudno zwłaszcza w rodzinach chłopskich, a to głównie ich dotyczyło bieżeństwo. Przed frontem uciekali też ziemianie, ale ich los był inny – został zresztą dobrze udokumentowany. Wśród chłopów zwykle prawie nic z tamtego okresu się nie zachowało. Tak było w przypadku mojej rodziny.

Zaczęłam od słuchania rodzinnych opowieści. Wielokrotnie powtarzanych długich rozmów. I niekoniecznie od najstarszych dowiadywałam się najwięcej. Poszłam np. do cioci Szury, urodzonej w 1921 roku na Kaukazie, która zresztą pojawia się w mojej książce. Jej umysł, mimo wieku, pracował wyśmienicie, ale ciocia nie miała temperamentu opowiadacza i trudno było z niej cokolwiek wydusić. Za to jej młodsza siostra – rocznik 1933 – z rodzinnych opowieści zapamiętywała mnóstwo, zwłaszcza tych krwistych, miłosnych.

Rozmawiałam również z dalszymi krewnymi i sąsiadami. Najważniejsze historie o powrocie babci Nadzi z malutką ciocią Szurą na rękach usłyszałam przypadkiem od żony wujka, o której nie myślałam, że coś wie. Jej teściowa – młodsza siostra mojego dziadka, jechała razem z nimi w wagonie i była wrażliwą, uważną obserwatorką. A tego, gdzie dokładnie trafiła moja rodzina, dowiedziałam się od sąsiada, pana Koli, rocznik 1943. Jego rodzina była w bieżeństwie razem z moją, cała wieś zresztą trzymała się razem.

Jak połączyć te wszystkie fakty przykazywane przez tyle osób?

Oczywiście byłam świadoma, że są to opowieści z drugiej albo trzeciej ręki, a nasza pamięć jedne fakty zapamiętuje, inne zapomina, coś umniejsza, a coś wyolbrzymia, miesza, nakłada na siebie. Czasem od różnych osób słyszałam przeczące sobie opowieści. Ale świadome słuchanie jak najszerszego grona rozmówców, było doskonałym punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Odwiedzałam też cmentarze. Kto tam leży? Dlaczego nie ma grobów części rodziny, jak rodziców mojej babci Nadzi? Jak się okazało, umarli w bieżeństwie.

Dość szybko zrozumiałam, że przez ubogość dokumentów, brak listów, pamiętników, zapisków historia mojej rodziny czy nawet wsi pozostanie fragmentaryczna. Tylko na jej podstawie nie zrozumiem złożoności bieżeńskiego losu. Stworzyłam więc zbiorowy portret bieżeńców, na który składały się fragmenty historii różnych ludzi, których los był przecież w tym czasie dość uniwersalny. I ten zbiorowy portret pozwala mi lepiej zrozumieć doświadczenie choćby mojej babci. Ale także to, jak może ono wpływać na dalsze pokolenia, także na mnie.

Autorka: Zofia M. Jakóbczak

[notification type=”alert-warning” close=”false” ]To tylko 30% artykułu. Cały tekst dostępny jest w More Maiorum 6(53)/2017, który można bezpłatnie pobrać poniżej[/notification]