[wywiad] „Spojrzenie na przeszłość przodków oczami współczesnego człowieka to największe niebezpieczeństwo” – Waldemar Fronczak

Waldemar Fronczak/ fot. archiwum własne

Waldemar Fronczak, jeden z najbardziej znanych genealogów w Polsce, z wykształcenia socjolog, główny ekspert programu telewizyjnego „Sekrety rodzinne”. Opracował historię wielu znanych osób mediów, polityki czy biznesu. Jak sam zauważa, nie należy stosować współczesnych systemów wartości, patrząc na życie naszych przodków. Jak zaczęła się jego przygoda z genealogią?

Jak wyglądał pana początek z genealogią?

To bardzo dawne dzieje. Wychowywałem się w rodzinie wielopokoleniowej. Dziadkowie, z którymi mieszkałem, mieli liczne rodzeństwo. Były to czasy, kiedy życie rodzinne rozkwitało. Bardzo często w naszym domu pojawiali się bliżsi i dalsi kuzyni. Jakieś ciotki, jacyś wujowie. Trudno się w tym było połapać, więc zacząłem zapisywać i rysować schematy połączeń rodzinnych. Było to oczywiście intuicyjne, bo wiedza genealogiczna w latach sześćdziesiątych w społeczeństwie była żadna. Nie było skąd się dowiedzieć o zasadach, nomenklaturze, czy prawidłach, rządzących tą gałęzią wiedzy, a mówiąc prawdę, to i nie myślałem o tym w ten sposób. Dla mnie ważne było opanowanie powiązań rodziny. Tych wszystkich kuzynów i kuzynki, którzy nas odwiedzali w Łodzi, bądź też ciotki, do których jeździłem na wakacje.

Nie było mowy o świadomym pozyskiwaniu dokumentów czy zdjęć, raczej można było mówić o zwykłym zbieractwie. Moje pokolenie, to pokolenie „zbieraczy”. Zbierało się wszystko, swobodnie przechodząc od fascynacji znaczkami pocztowymi czy etykietami zapałczanymi, do starych monet i banknotów, kapsli i dziesiątek innych skarbów. O tym zaczarowanym świecie kolekcjonerskich fascynacji dzisiejsze pokolenia częstokroć nie mają bladego pojęcia. Wśród tych zbiorów były także stare rodzinne zdjęcia i niepotrzebne już nikomu dokumenty. Czasami trafiał się jakiś stary medal, naszywka wojskowa, guziki z różnych mundurów i inne pamiątki, które razem z innymi wykopaliskami wygrzebanymi na strychach lub w piwnicach, trafiały do pudełek. Takie były początki.

Kiedy nastąpił pierwszy kontakt z jakimkolwiek archiwum?

W czasach, o których mówiłem, nie było praktycznie możliwości kontaktów młodych ludzi z takimi instytucjami jak archiwa. To były instytucje, służące urzędowym sprawom, a nie zabawie, jak kiedyś usłyszałem. Poza tym trzeba pamiętać, że nie było ksero, aparatu fotograficznego, laptopa, drukarki, a maszyny do pisania były zawalone setkami dokumentów. Na odległość można było załatwiać jedynie sprawy urzędowe i to na drodze oficjalnych podań. Wiązało się to zawsze z długim czasem załatwiania i wieloma formalnościami. Świat był większy i wszędzie było dalej niż dzisiaj. Wyjazd do innego miasta, by załatwić cokolwiek w archiwum, to była wyprawa wymagająca nie tylko przygotowania, poświęcenia większej ilości czasu niż dzisiaj i oczywiście pieniędzy. Dzisiaj nie ma problemu by jednego dnia internetowo zamówić coś w AGAD w Warszawie, na drugi dzień pojechać, sprawdzić, zrobić kopię i wieczorem opracowywać to na komputerze w domu. Dawniej taka operacja to kilka dni, jeśli nie dłużej. A trzeba pamiętać, że niektóre zbiory były wręcz nieosiągalne.

Moje pierwsze realne kontakty z archiwum miały miejsce w czasach licealnych. W ostatniej klasie na tzw. fakultetach opracowywaliśmy monografię osiedla na którym mieściła się nasza szkoła. Wówczas wiele godzin spędzaliśmy w bibliotekach i archiwach poznając zasady korzystania ze zbiorów, oswajając się z nimi.

Jednak pierwsze kontakty genealogiczne pojawiły się znacznie później, gdy już jako dziennikarz Kuriera Polskiego i Tygodnika Demokratycznego zbierałem materiały do swoich artykułów. Jako że zamiłowanie do historii nigdy mnie nie opuszczało, to i wówczas starałem się koncentrować w swoich artykułach na tych tematach, pisząc nie tylko o ciekawostkach z zamierzchłych czasów, ale działając na rzecz ochrony zabytków i ratowania pamiątek przeszłości, co zostało docenione przyznaniem mi kilku odznaczeń i wyróżnień, z których najbardziej sobie cenię odznakę Zasłużonego Działacza Kultury. Kontakty z archiwami z tego okresu umożliwiły powrót do zainteresowań własnymi korzeniami. Odkurzyłem stare notatki i zacząłem bardziej systematyczną pracę, choć nie do wszystkich zespołów mogłem się jeszcze dostać. To przyszło znacznie później, gdy do użytku publicznego trafiły zmikrofilmowane księgi, gdy pojawił się Internet.

Pana pierwsze wrażenia obcowania z księgami metrykalnymi?

Miałem szczęście, że jedne z pierwszych ksiąg metrykalnych, jakie oglądałem, to były pięknie oprawione księgi kościelne zaprowadzone jeszcze w XV wieku. Oglądałem je bardziej jako eksponaty podziwiając kaligraficzne pismo i ilustracje zamieszczone na pierwszych paginach. W kontakcie z takimi księgami jest coś niemal mistycznego, czego nie da najdoskonalsza nawet fotografia cyfrowa.

Do dzisiaj pamiętam zapach tych biblioteki i szelest przewracanych kart. Najwięcej starych ksiąg, które są nie tylko kopalnią wiedzy dla historyka, ale same stanowią zabytki sztuki materialnej, widziałem podczas zbierania materiałów do kilku odcinków cyklu filmowego „Klasztory Polskie”. Przy realizacji tych wielce interesujących filmów byłem konsultantem historycznym i dokumentalistą.

Fot. genealogy-genesis.com

Jeśli miałby pan wybrać jednego najciekawszego przodka, na kogo padłby wybór?

Trudno dokonuje się takich wyborów, bo i wszystko zależy od kryteriów jakie przyjmiemy. Oczywistą sprawą jest, że najbardziej jesteśmy związani z osobami, które pamiętamy i do których mamy wyrobiony stosunek emocjonalny. Mogą to być zarówno krewni, których sami poznaliśmy w dzieciństwie, ale takimi osobami będą też ci, o których nam opowiadano i których obraz zdołaliśmy w jakiś sposób zachować , choć nigdy ich na oczy nie widzieliśmy. Takim „znanym nieznanym” dla mnie był dziadek mojego dziadka, o którym nasłuchałem się w dzieciństwie opowieści i którego, jako dziecko zaliczyłem do najbliższej rodziny, choć przecież nigdy go nie widziałem. Myślę, że te nasze dziecięce wybory mają podstawowy wpływ na późniejszą naszą hierarchię sympatii genealogicznych.

Gdybym miał jednak wskazać jedną interesującą osobę, to pewnie byłby to jeden z przodków z XVIII w. Mikołaj Berk, który przegrał proces ze szlachcicem Ulatowskim, ale wcale nie jestem przekonany o jego winie, bo zarzuty, pod którymi stawał, karane były gardłem, a tu wyrok był nad wyraz łagodny, choć finansowo dotkliwy. Dla urody języka i smaczku historycznego przytoczę tu w całości zapis z oblaty uczynionej w 1798 w Przasnyszu, dokumentu wydanego przez Sąd Bartny Jednoroski w 1736 r. (Przas. Ziem. Wiecz. sygn. 46 karta 372) znaleziony przez Adama Pszczółkowskiego.

Stała się kontrowersya w roku 1736 ponieważ uskarżał się Imć Pan Ulatowski przed Sądem Bartnem y całą radą panów bartników jednoroyskich maiąc granice z nim w borach Jego Królewskiey Mości y pszczoły w tychże granicach, na które się odważył Mikołaj Berk, zapomniawszy Pana Boga, y one wydarł y wielce zepsował. Sąd Bartni dobrze zważywszy y strutynowawszy, takowym karze dekretem: aby pomniany Mikołaj przepraszaiąc Pana Boga przez trzy święte niedziele krzyżem leżał pod czas Mszy Świętey publicznie y na ołtarz kościołowi chorzelskiemu y przasnyskiemu do Oyców Bernardynów wrębów sześć, na potym zaś Imć Panu Stanisławowi Ulatowskiemu, nagradzaiąc mu tę szkodę powinien pięć pniów pszczół y pięć grzywien, wieży zaś powinien będzie siedzieć we dnie y w nocy niedziel dwie w mieście Chorzelach, przepraszaiąc urząd y Prawo Bartnicze y konfuzyą wszystkim powinien dać grzywien dwadzieścia pięć całemu sądowi. Pomieniony zaś Stanisław Prusik, że był, a nie był radą od złego umysłu, takowym karze dekretem, krzyżem leżeć iedną niedzielę pod czas Mszy Świętey, y w wieży siedzieć tydzień w tymże mieście Chorzelach y grzywien pięć Imć Panu Ulatowskiemu, a sądowi dziesięć wosku, wrębów trzy krzynowłoskim kościołom; to wszystko powinien wykonać y zadość uczynić po Trzech Królach nazajutrz w roku blisko przyszłym 1737. Co powinny obie strony pozwane wykonać y zadość uczynić kościołowi, sądowi, zaś nim stanie pod winami pięćdziesiąt grzywien do Sądu Bartniczego, bór zaś jego własny powinien należeć do Sądu Bartniczego, póki nieuspokoi y niezapłaci winy wszystkiey y dosyć uczynić dekretowi powinny będą, sławetny Urząd Bartniczy iemu do rąk przy prezencyi Imć Pana Felicyana Czaplickiego, sędziego chorzelskiego, komiss maiącego na ten czas y sentencyi iego.

Z aktów bartnych jednoroskich wydany extract. Bogusławski. Marcin Opalas. Łukasz Pogorzelski, Mateusz Gwiazda.

Czy pośród pana antenatów znajdują się osoby innego wyznania niż rzymskokatolickiego?

Moi przodkowie pochodzili z dwóch dość specyficznych terenów Polski. Ze strony matki jest to Księstwo Łowickie, a ze strony ojca Puszcza Kurpiowska. Oba te regiony to ostoje wiary rzymskokatolickiej. Nie inaczej wyglądały pod tym względem rodziny moich przodków. Na ile się daje odnaleźć informacje w różnorodnych źródłach, to wszędzie widać silne przywiązanie do wiary. Z religijnością w rodzinie wiąże się też pewna historia, ale stosunkowo świeżej daty. Otóż gdy w okolicach Lipiec Reymontowskich kręcono film „Chłopi”, ekipa zbierała po okolicy wszystko co mogło „zagrać” w filmie. Sprzęty gospodarstwa domowego, ubrania, narzędzia, obrazy i oczywiście przedmioty związane z kultem religijnym. W rodzinnym domu mojego dziadka przechowywany był duży krzyż pasyjny przywieziony kiedyś z Ziemi Świętej. Składał się z wielu malowanych na ceramice scen z życia Jezusa. Oczywiście trafił również do filmu i można go zobaczyć w wielu scenach w izbie Boryny. Niestety, jak to bywa w takich wypadkach, nie wrócił już do rodzinnej chałupy w Pszczonowie.

Praca nad księgami metrykalnymi /fot. Waldemar Fronczak

Jest pan z wykształcenia socjologiem. Czy zawód ten pomaga spojrzeć na genealogię z innej perspektywy?

Oczywiście punkt widzenia socjologa pomaga w zrozumieniu wielu procesów dziejących się w przeszłości. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli nie zastosujemy podstawowej zasady, a więc nie uwzględnimy ówczesnych realiów, to możemy dojść do zupełnie fałszywych ocen. Szczególnie gdy dokonujemy próby podsumowania jakichś działań naszych przodków, oceniamy ich postawy, szukamy motywacji. Spojrzenie na przeszłość oczami współczesnego człowieka, stosującego współczesny system wartości, myląc ówczesne realia z dzisiejszymi kontekstami kulturowymi, to największe niebezpieczeństwo, jakie widzę wśród historyków amatorów, że nie wspomnę już o dziennikarzach, którzy z niewiedzy lub wyrachowania lubują się w epatowaniu czytelnika różnymi rewelacjami z przeszłości, dziwiąc się niezmiennie, jak też kiedyś ludzie mogli żyć w tak fatalnych warunkach.

Po zamknięciu forum GenPol powstało forum Genealodzy.pl oraz Forgen, którego jest pan jednym ze współzałożycieli. Czy zamysłem było „przejęcie” części osób z GenPolu? Czy utworzenie całkiem świeżej strony?

Genealodzy.pl powstali jeszcze w trakcie istnienia Genpolu, a Forgen w dniu jego zamknięcia. Stosując prosty rachunek arytmetyczny można powiedzieć, że utrzymaliśmy stan liczbowy miejsc wymiany myśli – przed powstaniem Forgenu były dwa i tyleż po jego utworzeniu.

A mówiąc bardziej poważnie i nie wdając się zbytnio w kulisy powiem, że pomysł utworzenia forum powstał na kilka godzin przed zamknięciem Genpolu. Gdy o zamiarze dotyczącym likwidacji Genpolu powiadomił mnie telefonicznie jego właściciel uznałem, że nasze środowisko nie może zostać pozbawione szerokiej płaszczyzny wymiany informacji. Jak już wspomniałem było już dobrze prosperujące forum na stronach PTG, ale nie każdemu odpowiadała oficjalna formuła organizacyjna. Mając to na względzie wraz z Witkiem „Wicym” Mazuchowskim postanowiliśmy dać środowisku możliwość wyboru, tworząc forum nie związane, ani z towarzystwami regionalnymi, ani z PTG. Nie było to niczym nowym, ani wyjątkowym, bo krótka historia Internetu uczy, że zmiany w tej wirtualnej przestrzeni komunikacyjnej, to jak najbardziej naturalne zjawisko. By krótko zilustrować o czym mówię przypomnę, że podobnie było z Polgenem założonym niegdyś przez Jacka „Yakiego” Kubisa. Był czas w którym wszyscy genealodzy amatorzy tam właśnie się spotykali. Należał do nich także Tomek Nitsch, który wkrótce założył Genpol. Była to na tyle ciekawa propozycja, że w ciągu kilku tygodni wszyscy „polgenowcy” tam właśnie się przenieśli. To nie pierwsza migracja środowiska, bo wcześniej opuściliśmy pl.soc.genealogię na rzecz Polgenu.

Swoją drogą to aż się prosi by ktoś nakreślił historię wirtualnych miejsc gdzie się spotykali genealodzy amatorzy, bo już z samego tego pytania widzę, że zaczynają wokół tego krążyć jakieś mity. Swego czasu powołanie Forgenu wywoływało duże emocje, ale dzisiaj to już zamierzchła historia. Obecnie, gdy większość towarzystw regionalnych ma swoje fora , gdy na portalach społecznościowych jest wiele grup genealogicznych otwartych i zamkniętych, nikogo nie dziwią zmiany. Jedne miejsca w sieci powstają, inne giną, bo ich formuła się wyczerpała lub zastąpiły je inne, nowsze propozycje. To proces dynamiczny.

Kilka lat temu zainicjował pan akcję wykupu ksiąg metrykalnych, które znajdują się w prywatnych rękach, i przekazywania ich do odpowiedniego Archiwum. Czy akcja ta nadal jest realizowana?

To było pierwsze masowe działanie wśród genealogów, które miało bardziej znaczenie integrujące środowisko niźli wydźwięk materialny. Zjednoczyliśmy wokół tej idei wiele osób, dzięki którym kilka pięknych okazów ksiąg metrykalnych trafiło do archiwum.  Później podobne akcje prowadzono zarówno w skali ogólnokrajowej, jak i lokalnie. Trwa to do dzisiaj.

Plan zdjęciowy “Sekretów Rodzinnych”, Kraków /fot. Waldemar Fronczak

Ile ksiąg udało się odzyskać?

Chyba nikt nie prowadzi takiej statystyki. Często były to księgi – dodajmy, że nie tylko metrykalne – które nie miały swoich odpowiedników w dotychczasowych zbiorach i te były szczególnie cenne. Inne były kopiami. Trudno tu mówić o wartości materialnej, bo czasami jedna księga zapełniająca istniejąca lukę stanowi dla badaczy rodzinnych prawdziwy skarb.

Skąd ludzie mieli w swym posiadaniu takie archiwalia? Jakie perełki udało się zdobyć?

Historia zbiorów prywatnych jest bardzo różna. Często jest to związane ze skomplikowanymi losami polskich ziem, z migracją ludności z terenów wschodnich na tzw. ziemie odzyskane, a czasami korzenie sięgają zawieruchy wojennej. Niektóre księgi, były ratowane z pożarów, wynoszone z gruzowisk, inne zabierane ze śmietników, na które trafiały przez niefrasobliwość. Nie spotkaliśmy egzemplarzy, które by pochodziły z nielegalnego źródła. Myślę, że jeśli takie istnieją, to chyba nie trafiają do publicznego obrotu.

Należy też dodać, że większość archiwów na bieżąco monitoruje wszelkie aukcje antykwaryczne i ma doskonałe rozeznanie, co się w tym obszarze pojawia. Swego czasu współdziałałem z dyrektorem archiwum w Łodzi w sprawie wykupu niewielkich prywatnych zbiorów metrykalnych, które pojawiły się na aukcji internetowej.

Ostatnimi czasy na serwisach internetowych można znaleźć wiele aukcji, na których sprzedawane są zarówno metryki, jak i inne archiwalia. Czy regionalne TG (lub PTG) powinny wykupywać te zabytki i przekazywać odpowiednim Archiwom?

Towarzystwa oczywiście mogą zajmować się też pozyskiwaniem zbiorów, ale chyba nie jest to ich podstawowy cel. Poza tym pojawia się tu sprawa finansów. Większość towarzystw regionalnych utrzymuje się symbolicznych składek członkowskich i nie dysponuje żadnymi nadwyżkami finansowymi. Trzeba by stale prowadzić zbiórki w środowisku, których i tak jest moim zdaniem zbyt wiele.

Wydolność filantropijna środowiska też ma swoje granice. Jak dzisiaj wpłaci ktoś na obiektyw potrzebny do celów digitalizacyjnych, to nie będzie jutro dawał pieniędzy na księgę, choćby i nawet była unikatem. Myślę, że tu należy bardziej myśleć o nawiązaniu ścisłego kontaktu z archiwami i współdziałać w tym zakresie, nie tracąc nic z entuzjazmu towarzyszącego odkryciom tych „skarbów” na aukcjach.

A może powinien powstać specjalny fundusz przeznaczony na takie cele…?

Daleki byłbym od tego. Siłą naszego środowiska jest jego poczucie wspólnoty, ale bez wyznaczania formalnych ram organizacyjnych. Do tworzenia funduszy potrzebny jest aparat administracyjny, określona forma prawna, osoby nadzorujące oraz kontrolujące i inna niezbędna – nazwijmy to – biurokratyczna infrastruktura.
A kto to ma robić? Kto ma za to odpowiadać? Towarzystwa, które niekiedy nie mają nawet osobowości prawnej?

„Sekrety rodzinne” emitowane kilka lat temu w telewizji przyciągnęły uwagę wielu ludzi. Czy program ten przyczynił się do popularyzacji genealogii w Polsce?

Jak najbardziej. Widać to było bez specjalnych badań. Serwery naszych for i stron genealogicznych w dniach emisji programów były zablokowane przez ilość odwiedzających. Pojawiali się nowi uczestnicy na forach, nowi członkowie w towarzystwach. Jednak trzeba też pamiętać, że przecież program telewizyjny nie wykreował mody na genealogię, ale raczej z niej skorzystał. Gdyby nie rosnące zainteresowanie historią własnych rodzin wśród Polaków, to taki program by się nie pojawił. To było sprzężenie zwrotne.

Pojawił się w dobrym momencie chociaż pierwsze cztery odcinki były zrobione w sposób zbyt „rozrywkowy”. Było to spowodowane wymogami telewizji, która zaszufladkowała sobie ten program w tej właśnie kategorii i takie stawiała warunki. Dopiero następne odcinki poszły bardziej w kierunku wzoru BBC. Drugi sezon miał być oparty już ściśle według pierwowzoru, niestety, mimo iż mieliśmy przygotowane wyniki badań dla kilku interesujących bohaterów, napisane szkicowo scenariusze, to do realizacji nie doszło.

Który bohater miał najdalej wywiedzioną genealogię?

Całe szczęście, że do produkcji nie zdążył trafić odcinek o Beacie Tyszkiewicz, bo jej wywód deklasuje wszystkich bezapelacyjnie, ginąc w mrokach Średniowiecza. Co prawda sięgnięcie w tak odległe rejony, to nie moja zasługa tylko kronik dworów królewskich Europy, ale miejsce na podium jest zarezerwowane. Spośród innych bohaterów programu Krzysztof Cugowski oraz bracia Radosław i Cezary Pazurowie sięgali czasów Jana Kazimierza, Maciej Damięcki z pierwszą notatką o swoich przodkach z Damięt pochodzącą z 1438 roku plasuje się w czasach Władysława Warneńczyka, a Hani Śleszyńskiej rycerscy przodkowie osiedlają się na Mazowszu niewiele później.

Fot. genealogy-genesis.com

Prowadzi pan również Biuro Poszukiwań Genealogicznych „GENESIS”. Czy to skutek „Sekretów rodzinnych”?

Po emisji programu pojawił się krótkotrwały okres większej popularności i nacisków na usługowe prowadzenie poszukiwań. Na szczęście każda moda przemija i nie musiałem zmieniać swojego zawodu. Genealogia jest przede wszystkim moim hobby. Biuro miało przede wszystkim pełnić funkcję usługowe dla producentów telewizyjnych. Mimo, iż od dłuższego czasu nie prowadzę już nowych poszukiwań, bo zajmuje się pracami dla koncernu Ancestry, gdzie jestem czasowo zatrudniony jako ekspert, to i tak znajomi nie dają mi spokoju. Co jakiś czas robimy wspólne wyprawy w przeszłość. Bawimy się w odkrywców i archeologów rodzinnych. Ostatnie takie „wykopaliska” prowadziłem z Markiem Kondratem, a wcześniej ze Zbyszkiem Zamachowskim. W tych wyprawach w czasie, pomagają mi częstokroć przyjaciele i znajomi, z których wymienię choćby Madzię Smolską-Kwintę i Adama Pszczółkowskiego.

Genealogia – wbrew pozorom – to gra zespołowa. Większość poszukiwań robi się samemu, samemu dokonuje analiz, samemu szuka kontekstów w literaturze przedmiotu, ale jest też miejsce na działania wspólne, które nie tylko przyspieszają pracę, ale także wypełniają luki w naszych umiejętnościach, bo nikt nie jest uniwersalny.

Jak wielu nie-Polaków zwraca się do Pana z prośbą o pomoc w odnalezieniu przodków?

Spośród korespondencji, jaka do mnie trafia dość dużo jest listów z zagranicy. Dawniej dużo było ze Stanów Zjednoczonych i z Izraela. Ostatnio coraz więcej pojawia się próśb z Ukrainy o udowodnienie pochodzenia polskiego, co jest związane z jakaś koniunkturą polityczną. Z uwagi na ograniczenia czasowe muszę odmawiać. Wycofuję się także z innych przedsięwzięć, bo najważniejsza jest teraz dla mnie książka.

Kończę nareszcie prace nad nieco większą publikacją z zakresu heraldyki średniowiecznej. Dotychczas w różnych czasopismach ukazywały się artykuły pilotażowe zapowiadające tę pozycję, ale dotykały jedynie fragmentarycznie zagadnienia. Przede mną jeszcze tylko wyjazd do Szwajcarii, by potwierdzić jedną z hipotez w tamtejszych bibliotekach i muzeach.
Książka będzie swoistą monografią pokazującą początki herbu Wilcze Kosy, czyli Prusa II w Polsce. Gromadzenie materiałów, badania i pisanie zajęło mi kilka lat, ale myślę, że efektem będzie dołożenie choć małej cegiełki do wyjaśnienia tajemnic naszej historii.

Z niecierpliwością będę czekał na ostateczną recenzję profesorów Uniwersytetu Łódzkiego: Alicji Szymczakowej i Marka Adamczewskiego.

Czy jest możliwe, aby w polskiej telewizji w przyszłości pojawił się program pokroju „Sekretów rodzinnych”? Czy jest to może zbyt niszowy temat na ogólnopolski program telewizyjny?

Obserwując tendencje w innych krajach mogę powiedzieć, że prędzej czy później takie programy muszą się u nas pojawić, choćby jako przeciwwaga dla programów, w których bohaterami są kuchciki, fordanserzy czy podwórkowi śpiewacy i sztukmistrze.

Nieważne czy zrobią to stacje komercyjne czy państwowe, które powinny dbać o poziom merytoryczny bardziej niż o słupki oglądalności i zlecenia reklamodawców. Myślę, że to jest nieuchronne. W końcu ktoś u nas też wpadnie na pomysł, że genealogia może być świetnym towarem. Oczywiście mam tu na myśli genealogię w potocznym lub dziennikarskim rozumieniu, więc niech historycy nie załamują rąk, bo nie o nauce mówię, a o amatorskim hobby.

Ma pan za sobą wiele lat styczności z genealogią… Jakich 5 rad udzieliłby Pan początkującym historykom rodzinnym?

Tylko trzy: czytać, słuchać, zapisywać.

Waldemar Fronczak – urodzony w Łodzi w 1955 roku. Z wykształcenia socjolog. Były dziennikarz. Od lat amatorsko zajmuje się genealogią i heraldyką. Jako konsultant historyczny
i dokumentalista pracował przy serii filmów popularno-naukowych „Klasztory Polskie”. Prowadził poszukiwania genealogiczne, współtworzył scenariusze felietonów filmowych i występował jako ekspert w cyklu programów telewizyjnych „Sekrety rodzinne”. Opracował historię rodzin wielu znanych polskich gwiazd filmu, telewizji i estrady. Działacz amatorskiego ruchu genealogicznego. Aktywnie uczestniczy w towarzystwach regionalnych i Polskim Towarzystwie Genealogicznym. Założyciel internetowego forum dyskusyjnego genealogów amatorów Forgen oraz pomysłodawca akcji zbierania ocalałych inskrypcji poświęconych poległym w czasie działań I wojny światowej. Jest autorem kilku publikacji z zakresu historii, heraldyki i genealogii w czasopismach Gens i Pro Memoria. Od lat zamieszcza także liczne artykuły na stronach genealogicznych i forach. Współautor cyklu artykułów o znanych rodzinach w piśmie Focus Historia. Specjalizuje się w polskiej heraldyce średniowiecznej.

Pierwotne miejsce publikacji: More Maiorum nr 2(25)/2015.

Alan Jakman

Pomysłodawca powstania periodyku More Maiorum. Od ponad 9 lat interesuje się genealogią. W tym czasie ustalił, że jego przodkowie byli niemieckimi kolonistami sprowadzonymi najprawdopodobniej do wyrębu lasów w połowie XVII w. w okolice Gór Orlickich. Publikuje artykuły dotyczące historii rodzinnego miasta w portalu bielsko.biala.pl.