[wywiad] „Rozmowy z krewnymi to dla mnie najważniejsze źródło informacji” – Igor Strojecki

Igor Strojecki/ fot. Bartek Ryży

Z rozmów z krewnymi czerpiemy pierwsze dane o naszej rodzinie. Opowieści te jednak nie zawsze muszą być prawdziwe. Igor Strojecki – genealog z ponad 40-letnim stażem, podkreśla istotę tego źródła, lecz jednocześnie zaznacza, aby do każdej znalezionej informacji podchodzić z dystansem.

Kilka dni temu w Polskim Radiu RDC rozmawiał pan o Arturze Rubinsteinie. To pana krewny?

Nie. Jestem spowinowacony z żydowską rodziną Meyerów – moja ciotka wyszła za architekta Wojciecha Meyera, a jego matka przed wojną prowadziła salon muzyczny w Warszawie. Bywały tam największe sławy ówczesnego świata muzyki, w tym m.in. właśnie Artur Rubinstein. Pozostały po nim dwie pamiątki: zdjęcie z dedykacją dla Wojciecha Meyera oraz nuty podpisane dla jego matki.

Ale w trakcie poszukiwań pojawia się nie tylko Rubinstein. Nie jest tajemnicą, że jest pan spokrewniony z przedstawicielami świata kultury, sztuki, nauki. Czy uważa się pan za „genealogicznego szczęściarza”?

To dobre określenie. Wiele osób z mojej rodziny było zasłużonych w różnych dziedzinach. I w związku z tym pozostało po nich dużo różnego rodzaju wspomnień, publikacji i opracowań, co znacząco ułatwia pracę genealoga. Z drugiej strony te boczne linie są jakąś formą „rekompensaty” z tego powodu, że badania po stronie mojego nazwiska rodowego są pewną „genealogiczną porażką”.

Porażką?

Do niedawna miałem wiedzę tylko o moim pradziadku Adolfie Strojeckim, który umarł w grudniu 1939 roku w wieku 90 lat. Ponoć nie mógł przeżyć tego, że Niemcy wkroczyli do Warszawy. Z jego aktu zgonu dowiedziałem się, że urodził się we Włodawie. Tam jednak nie było śladu po Strojeckich. Jak się później okazało, przyszedł na świat w innej miejscowości – Widawie. I faktycznie w księgach parafialnych widawskiego kościoła odnalazłem ten akt.

Nic więcej w metrykach nie było?

W księdze zgonów odnotowano informację o śmierci jego ojca. W akcie zapisano, że był „lekarzem chirurgiem wolnopraktykującym”. A to potwierdzałoby rodzinną legendę. Ponoć tenże prapradziadek uratował komuś życie i osoba ta miała fundować niewielkie stypendium dla każdego Strojeckiego, który zdecyduje się studiować medycynę. Z tej możliwości skorzystał mój dziadek Stefan Strojecki oraz mój ojciec.

Czyli „genealogiczny króliczek” dalej jest goniony?

Bez wątpienia. Choć prawdę mówiąc, nie starcza mi czasu, by w pełni poświęcić się badaniom tej rodziny.

Czy tak szerokie badania, to jeszcze genealogia czy już historia?

Genealogią – jako taką – zajmuję się blisko 40 lat. Ale wtedy poszukiwania wyglądały całkiem inaczej. Z różną intensywnością jeździłem po archiwach, przeprowadzałem mnóstwo rozmów, wywiadów, odszukiwałem kolejnych żyjących krewnych. Ludzie ci przekazywali mi niesamowitą wiedzę, bywało, że urodzili się jeszcze w XIX wieku, a nierzadko ich wspomnienia dotyczyły czasów sprzed I wojny światowej.

Pamiętam jak poszukiwałem potomków wychowanków mojego krewnego profesora Władysława Spasowskiego, który prowadził kursy nauczycielskie. Udało mi się wtedy odnaleźć ostatnią podopieczną profesora, która miała wówczas 98 lat. Opublikowane wspomnienia o Spasowskich znacznie poszerzyły moją wiedzę o tej rodzinie. A to tylko jeden ze sposobów „na genealogię”, pokazujący, że nie budujemy tylko prostego drzewka, ale także odtwarzamy to, w jaki sposób żył nasz krewny, wokół jakich ludzi się obracał, co po nim zostało. Dlatego w pewnym momencie, kiedy „prosta” genealogia „urwała się” – oczywiście nie na zawsze – zacząłem szukać dalszych krewnych, powinowatych, przyjaciół czy ich sąsiadów. Zacząłem się także interesować wydarzeniami, w których moi przodkowie brali udział. Tym samym różnorodność materiałów, z których mogłem korzystać, aby poznać realia życia, stała się coraz większa. Jest to więc taka genealogia wielowymiarowa.

Czy osoby niespokrewnione mogą posiadać nieznane informacje o naszej rodzinie?

Kiedyś wybrałem się do Kamienicy Polskiej, by poszukać śladów rodziny Jungów. Na cmentarzach zawsze staram się wypatrzyć kogoś w podeszłym wieku. Tak samo było i w tym przypadku. Upatrzoną osobę zapytałem o Jungów i faktycznie wskazała mi ich grób, a półszeptem dodała: Ale wie pan, że oni w czasie II wojny światowej podpisali volkslistę?

Jest to idealny przykład na to, że obce osoby wiedzą czasami o naszej rodzinie więcej, niż my sami. Akurat moja mama – będącą potomkiniką tychże Jungów – pamiętała owych wujków, o których mówiła starsza pani. Mama wspominała, że ponoć oni ukrywali się w czasie wojny, bo nie chcieli podpisać volkslisty. I teraz można zadać pytanie, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz?

 

Do przeczytania pozostało jeszcze 70% treści! Cały wywiad dostępny jest w More Maiorum 2(61)/2018, który można bezpłatnie pobrać poniżej:


Alan Jakman

Pomysłodawca powstania periodyku More Maiorum. Od ponad 9 lat interesuje się genealogią. W tym czasie ustalił, że jego przodkowie byli niemieckimi kolonistami sprowadzonymi najprawdopodobniej do wyrębu lasów w połowie XVII w. w okolice Gór Orlickich. Publikuje artykuły dotyczące historii rodzinnego miasta w portalu bielsko.biala.pl.