“Wraz z rokiem 966 nie zniknęły drewniane posągi czy święte gaje” – Łukasz Gapiński

Mieszko kruszy w swym państwie bałwany pogańskie/ fot. Wikimedia Commons

Czy święte gaje i drewniane posągi zniknęły natychmiast po przyjęciu chrztu przez Mieszka I? – Proces zmiany religii w danej wspólnocie państwowej, jaką wówczas byli Polanie nie należy do prostych i krótkotrwałych. Trudno też było przewidzieć czy taka zmiana się utrzyma na dłużej – tłumaczy Łukasz Gapiński.

Skąd inspiracja słowiańszczyzną?

Kilka lat temu pracowałem nad monografią mojej rodzinnej wsi Wałycz, której nota bene jeszcze nie dokończyłem. Zbierając materiały do tego opracowania, cofnąłem się do czasów średniowiecznych, w których tereny Ziemi Chełmińskiej były bogato wyposażone w grody i osady słowiańskie. Wtedy tak na dobre zetknąłem się z kulturą słowiańską, o której w programie szkolnym było niewiele. Wówczas były to dość ogólne informacje, które z czasem zacząłem stopniowo i z ogromną ciekawością uzupełniać.

Poza tym z drugiej strony interesuję się również początkami chrześcijaństwa, które dzisiaj uważam za dość zniekształcone. Ten styk obu zjawisk religijnych, czyli w przypadku Polski wiek X, stał się więc okresem, który zainspirował mnie do „moich dociekań”.

W pewnym sensie, kiedy człowiek dorasta do takiego momentu, że uświadamia sobie, kim jest i w jakim miejscu przyszło mu żyć, stara się również powrócić do swoich korzeni. W bardzo ogólnikowym ujęciu, skoro jestem Polakiem to oczywistym jest, że płynie we mnie słowiańska krew. Fajnie jest zatem wiedzieć trochę więcej o przodkach, niż tylko to, że jest coś takiego jak osada Biskupin. Poza tym, wchodząc w ten świat, bardzo łatwo jest się w niego wciągnąć i tak było w moim przypadku. To w końcu legendarny, malowniczo-bajkowy świat opierający się na prostych zasadach poszanowania przyrody i nieczynienia krzywdy drugiemu człowiekowi. Kultura słowiańska jest bowiem niezwykle bogata i co najważniejsze w wielu obrzędach żyje po dzień dzisiejszy. To chciałem miedzy innymi pokazać w serii moich książek: „Człowiek Znikąd”.

Mity greckie, rzymskie czy egipskie doczekały się wielu opracowań naukowych i popularnych. W przypadku słowiańskiej – jest to literatura znacznie uboższa. Jak w takich warunkach pisać powieść inspirowaną mitami Słowian?

Faktycznie mitologia czy to grecka, czy rzymska jest dużo bogatsza, jeśli chodzi o pozycje wydawnicze. Myślę, że związane jest to jednak choćby z tym, iż są one o wiele popularniejsze. Obie znajdują się bowiem choćby w programie nauczania na poziomie co najmniej szkoły średniej.

Często są też fabularyzowane i przenoszone na wielki ekran w postaci hollywoodzkich produkcji. Mitologia słowiańska jest przy tym zupełnie przemilczana. Póki co jest tematem niszowym w stosunku do wielkich cywilizacji rzymskiej, greckiej czy egipskiej, których bogów możemy wymieniać bez końca, natomiast ze słowiańskich bóstw mielibyśmy problem z wymienieniem choćby pięciu.

Światowid ze Zbrucza, IX w./ fot. Silar, Wikimedia Commons. CC 3.0

Istnieją jednak zwarte opracowania słowiańskiej mitologii, autorstwa polskich historyków Aleksandra Brucknera czy Aleksandra Gieysztora. W ciekawy sposób kulturę słowiańską opisuje również Czesław Białczyński, jednak jak sam przyznaje, jego prace w odróżnieniu od poprzednich autorów maja charakter bardziej beletrystyczny niż naukowy. Mniemam jednak, że niosą za sobą treści, które warto poznać, bowiem i ja przyjąłem ten typ przypomnienia słowiańskich mitów i kultury. Właśnie poprzez beletrystykę. Uważam też, że wierny klimat tamtych czasów oddaje cykl powieści piastowskich autorstwa Karola Bunscha.
Poza tym obecnie zauważa się systematyczne odradzanie się kultury słowiańskiej, dzięki czemu powstaje coraz więcej opracowań związanych z tym tematem. To cieszy, ponieważ uważam, że choćby ze względów historycznych powinniśmy wiedzieć trochę więcej o wierzeniach ludzi zamieszkujących te tereny.

Pierwszy tom pańskiej powieści odwoływał się do Księgi Welesa i słynnej Ślęży, drugi mówi m.in. o kulcie solarnym. Czy to najważniejsze bóstwa naszych przodków?

Kult solarny jest najstarszym znanym kultem w historii dziejów. Wszystkie istniejące religie swoje najważniejsze bóstwa identyfikowały właśnie ze słońcem. Wiele z określeń przypisywanych bóstwom, w tym „dawca życia”, „światłość świata”, „najwyższy”, „najjaśniejszy”, „wszechmocny” dotyczą właśnie słońca. Bardziej z naukowego punktu widzenia bez słońca nie byłoby po prostu życia na naszej planecie.

U ludów pierwotnych ogień i światło były atrybutami boskimi, magicznymi, które miały niebagatelny wpływ na życie ludzi. Stąd najprostsze struktury społeczne oddawały cześć właśnie w kierunku tej życiodajnej gwiazdy. Właśnie tam umiejscawiały swoich najważniejszych bogów. Chrześcijaństwo nie jest w tym inne. Najprostsze skojarzenia, jakie każdy może zauważyć to lokalizacja ołtarzy świątyń po wschodniej stronie budowli, słowa kapłana wypowiadane przy chrzcie: „Przyjmijcie światło Chrystusa”, czy monstrancja ewidentnie symbolizująca słońce. Klękając pochylamy, zatem głowę w kierunku słońca. Tak czynili również Polacy do XIX wieku , szczególnie na terenach wiejskich. Dzień witali skinieniem głowy w kierunku wschodzącego słońca. Do XV wieku czyniło tak polskie rycerstwo. Sam Bóg na wielu rycinach ukazywany jest na tle Słońca, a z niego rozchodzą się równomiernie promienie światła. Słowianie także oddawali cześć światłu i słońcu.

Ważnym obrzędem było przesilenie zimowe, podczas którego to słońce wygrywa nad księżycem, światłość nad ciemnością. Były to Szczodre Gody. W końcu czczenie samego Swaroga, jednego z najważniejszych bóstw słowiańskich – oddawano mu cześć na całym terytorium słowiańszczyzny jako bogowi Słońca, nieba, ognia niebiańskiego oraz patron owi kowalstwa. Tarcza słońca, będąca tytułem mojej drugiej powieści rzeczywiście wpisuje się w ten kult. To mityczna Tarcza należąca do Jarowita – boga wojny, który sprezentował ją mieszkańcom Wołogoszczy, a która zniknęła podczas najazdów cesarza Ottona. Czyli po Księdze Welesa kolejny, mityczny i mistyczny słowiański skarb.

Większość osób myśląc o mitach słowiańskich, ma przed oczami rzeźbę Światowida ze Zbrucza. Ile w tym prawdy, a ile narodowego mitu?

Historia rzeźby Światowida ze Zbrucza, nieco przypomina historię Księgi Welesa. Rzeźba została wyłowiona z rzeki i ten fakt może przemawiać za jej autentycznością. W czasie intensywnej chrystianizacji mogła trafić jako „bałwan” właśnie wprost do cieku wodnego, ale wielu badaczy nie daje jej jednak więcej niż 200 lat.

Zdjęcie ręcznego odrysu jednej z deseczek. Jest to jedyne świadectwo rzekomego „znaleziska”, jako że wszystkie pozostałe deseczki oraz ich fotografie i odrysy miały zaginąć/ fot. Wikimedia Commons

Osobiście myślę, że gdyby autentycznie pochodziła z przełomu IX i X wieku byłaby w znacznie gorszym stanie. Poza tym przy okazji tworzenia artykułu o autentyczności Księgi Welesa, natknąłem się na opracowanie mówiące, iż na Ukrainie i w Rosji panował swego czasu silny nurt nacjonalistyczny, mający na celu udowodnienie przewodniej roli Rusi w kulturze słowiańskiej. Stąd wiele tajemniczych znalezisk na tych terenach jak Księga Welesa i podobne. Duża część z nich to zwykłe lub wręcz niezwykłe falsyfikaty. Trudno jednak stwierdzić, czy myśląc o mitach słowiańskich powinna przed oczami pojawiać się właśnie rzeźba Światowida.

Myślę, że dla wielu będzie to wspomniany wcześniej Biskupin. W dzisiejszych czasach istnieje wiele ciekawych reliktów tamtych czasów. Choćby Arkona na Rugii, gdzie owa rzeźba oficjalnie się znajdowała według zapisów kronikarza Saxo. Jest też posąg Światowida na wyspie Wolin. Są niezwykle ciekawe i tajemnicze ślady na Ślęży w postaci pozostałości kamiennych wałów i choćby rzeźby niedźwiedzia czy mnicha. Jest Łysa Góra w świętokrzyskim, góra Rowokół na Kaszubach i wiele, wiele innych, autentycznych śladów egzystencji naszych słowiańskich przodków.

Czy rok 966 to rzeczywiście koniec pogaństwa i nagłe radosne przyjęcie religii chrześcijańskiej, wprowadzonej przez Dobrawę czy raczej narzucona konwersja, która znajdzie swe ujście w tzw. rewolcie pogańskiej?

Proces zmiany religii w danej wspólnocie państwowej, jaką wówczas byli Polanie nie należy do prostych i krótkotrwałych. Trudno też było przewidzieć czy taka zmiana się utrzyma na dłużej. Stąd decyzja, którą podjął Mieszko i zorganizowanie wszystkich swych sił by założony cel osiągnąć sprawia, że mówimy o niezwykle silnym i doświadczonym przywódcy.

Przykład sąsiednich Czech pokazuje, że po przyjęciu chrześcijaństwa przez Wacława I szybko doszło do rozłamu państwa i krwawego w skutkach buntu elit pogańskich. Na właściwe tory Czechów nawróciła dopiero interwencja Cesarza. To pokazuje, jak proces zmiany religii jest trudny.

Zdecydowanie rok 966 nie może być przyjęty jako koniec pogaństwa. Łatwo taki proces zobrazować w odniesieniu do dzisiejszej Europy. Choć temat jest obecnie dość drażliwy to jednak następuje, w mniej lub bardziej radykalny sposób, islamizacja Starego Kontynentu. Jeśli proces ten dla potrzeb porównania mocno spotęgujemy, stajemy w obliczu, kiedy zachodni przywódcy Europy przechodzą na islam, a za nimi ciągnie się fala podobna jak wówczas w X wieku. Religia silnie związana jest z obrzędami i tradycją, stąd trudno nam, zwykłym ludziom, dla których „ten Bóg” był od zawsze i na zawsze, a ktoś nagle zdecydował, że „ten Bóg” to jest zły, a „tamten”, który przychodzi z nową wiarą to jest dopiero dobry. Trudno nagle porzucić takie święta, jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, bo z nimi wiążą się nasze wspomnienia, rytuały i konkretne zachowania. W takiej sytuacji znaleźli się zwykli mieszkańcy grodów. Głowa państwa zadecydowała za nich o tym fakcie, czy im się to spodobało czy nie.

Źródła historyczne same podają, że wraz z rokiem 966 nie zniknęły drewniane posągi czy święte gaje. Obie religie ze sobą współistniały. W grodzie budowano kaplicę lub kościółek, a w chatach stały nadal rzeźby Światowida. Działania Mieszka kontynuował Bolesław Chrobry, doprowadzając do Zjazdu Gnieźnieńskiego w 1000 roku, w wyniku którego utworzono metropolię gnieźnieńską, niejako umacniając i zagnieżdżając kiełkujące w Polsce chrześcijaństwo. Nowy zaciąg duchownych miał do wykonania ogromną pracę. Jak pokazuje jednak historia jeszcze wiele wieków później elementy wiary rodzimej trwały w społeczności wiejskiej, gdzie tradycja utrzymuje się najdłużej. Spotkać to można choćby w literaturze, gdzie na pierwszą linię wysuwają się takie dzieła, jak „Dziady” czy „Chłopi”. Chrześcijańscy misjonarze widząc trudność czy wręcz niemożliwość obalenia zakorzenionych w kulturze religijnych zachowań, musieli posłużyć się drobnym występkiem. Zaczęli po prostu zastępować je chrześcijańskimi świętymi. Tak choćby ewoluował Weles. Jego ciemna strona dotycząca opieki nad zmarłymi i przesiadywania w podziemiach, co prawda utożsamiona została z diabłem, by jego silny kult osłabić, lecz część jego patronatu, choćby nad bydłem przejął św. Błażej, a nad dzikimi zwierzętami św. Mikołaj. Ludziom łatwiej było więc czcić starego Welesa w święto Błażeja czy Mikołaja, jak nakazywał ksiądz. Tą samą metodą zastąpiono główne święta i to była jedyna droga by uniknąć właśnie tej pogańskiej rewolty, której uważam zalążki i tak pewnie powstawały.

Jest pan autorem opowiadania zakładającego, że Mieszko I nie przyjął chrztu. Czy rzeczywiście wierzy pan, że Polska mogłaby istnieć bez chrystianizacji?

Dziś trudno to sobie raczej wyobrazić. Moje opowiadanie ma pewne aspekty fantastyki, stąd tak znacząco zmienia losy Europy. Długi czas osobiście stałem na stanowisku, że gdyby nie chrzest, po prostu zniknęlibyśmy z mapy Europy wzorem Połabian, wchłonięci do Cesarstwa Niemieckiego.

Decyzja Mieszka miała w dużym stopniu znaczenie polityczne i była podstawą do włączenia Polski do Europy. Ostatnio jednak dotarłem do ciekawych tez historycznych, które śmiało zakładają, że poradzilibyśmy sobie z naporem Zachodu. Trochę trudno w to uwierzyć, bowiem zdolni byśmy byli do tego wyłącznie poprzez zjednoczenie się Słowian, a mimo różnych prób nigdy w historii jeszcze do tego nie doszło.

Gorąca słowiańska krew lub ten specjalny słowiański gen narodowościowy nie pozwala na takie pełne zjednoczenie. Pokazuje tego przykry przykład byłej Jugosławii czy nawet Czechosłowacji – tworu zaledwie dwupaństwowego, który również nie przetrwał próby czasu. Na dłuższą metę żaden słowiański kraj nie zdecyduje się by być rządzonym przez „kogoś z zewnątrz”. I tu powstaje podstawowy problem zjednoczenia. W moim opowiadaniu Słowianie oddzielili się od chrześcijańskiej części Europy wysokim murem, a z problemem wewnętrznej władzy uporali się zachowując pierwotny system rady plemiennej obierającej wodza, którego władza nie jest dziedziczona. To jednak, jak już wspomniałem, fantastyka.

Co w naszej kulturze pozostało z religii słowiańskiej?

Bardzo wiele zachowało się przede wszystkim w świątecznych obrzędach. Już skupiając się tylko na dwóch świętach – Godowym i Jarym, możemy dostrzec wiele podobieństw. Święto Godowe (czy inaczej Szczodre Gody) przypadały na czas zimowego przesilenia, czyli zwycięstwa światła nad ciemnością. Trwało ono do kilkunastu dni i obejmowało okres od 21 grudnia do 6 stycznia. Obecnie ten czas to Boże Narodzenie obchodzone w innych terminach w chrześcijaństwie rzymskokatolickim i prawosławnym.

Dokładny opis Szczodrych Godów zawarłem na swoim blogu, jednak przytoczę jego najcharakterystyczniejsze elementy. Głównym symbolem był ozdobiony snop zboża, który później został zastąpiony choinką, propagującą kult wiecznie zielonego drzewa, związany również z jemiołą i iglastymi odmianami roślin, które mimo zimy nie tracą swej witalności. Trudno takiej symboliki doszukiwać się w półpustynnym klimacie Betlejem. Również samo skupienie się przy domowym stole i dzielenie się jałowym chlebem z rodziną pozostało do dziś w lekko zmienionej formie. Sam zwyczaj kolędowania również wywodzi się z tamtych czasów, podobnie zresztą jak odwiedziny kapłana w tym okresie. Wówczas domostwo odwiedzali kapłani z figurą Swaroga, która obdarowywana była cennymi podarunkami. Trudno uwierzyć, że przez tyle wieków chrześcijaństwa, te obrzędy zostały jak żywe w naszej kulturze. Również 12 potraw na stole wcale nie odnosi się do apostołów Jezusa, lecz do cyklów księżyca. Tak na dobrą sprawę, co mieli apostołowie wspólnego z narodzinami Jezusa, by symbolizować ich właśnie w to święto? Z kolei Jare Święto dziś zastępuje nam Wielkanoc, a obchody związane były z nadejściem wiosny. Topienie Marzanny, Śmigus Dyngus to również coś, co niektórzy nazwą folklorem, ja zaś powiem – to słowiańska obrzędowość.

Dla jeszcze wątpiących drobna zagadka. Proszę poszukać, dlaczego w chrześcijańskie święto upamiętniające śmierć i zmartwychwstanie Jezusa malujemy jajka? Jaki to ma ze sobą związek? Poszukiwanie źródeł dzisiejszych zachowań to naprawdę ciekawe i nierzadko zaskakujące hobby. Nawet taka Halloweenowa dynia może się okazać czymś zupełnie innym niż tylko przedmiotem do wystawiania w oknie.
Podobna sytuacja ma się również w naszym języku czy przesądach. Takie określenia, jak Baba Jaga, Licho, Topielec, wywodzą się właśnie z wierzeń naszych przodków. Niestety po religijnej transformacji większość z nich nabrała negatywnego oddźwięku. Wiele też z tego żyje w nazwach miejscowości czy szczytach górskich i jeziorach.

Po pradawną obrzędowość coraz chętniej sięgamy w dzisiejszych czasach, co cieszy, ponieważ uważam, że to w pewnym sensie wyznacznik nas samych. Sam również staram się jak najwięcej w tym temacie dowiedzieć, by przekazywać to dalej choćby w postaci trylogii „Człowiek Znikąd”. Nawet te określenie „znikąd” nabiera pewnej symboliki. Tytułowy bohater pojawia się znikąd, styka się ze słowiańskimi wierzeniami i bóstwami może właśnie po to, by dowiedzieć się… skąd. Myślę, że każdy z nas powinien mieć świadomość… Skąd. Skąd i po co. Wtedy świat byłyby lepszy.

Łukasz Gapiński  – pracownik samorządowy, zatrudniony w Urzędzie Gminy Wąbrzeźno. Ukończył studia magisterskie w Akademii Pomorskiej w Słupsku na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym.

Jego twórczość otwiera książka „Człowiek Znikąd – Księga Welesa”. Uzyskała ona nagrodę  w konkursie na Najlepszą książkę na jesień 2013 r. w serwisie granice.pl. 4 lutego 2016 r. nastąpiła promocja drugiego tomu „Człowiek Znikąd – Tarcza Słońca”. Druga część serii powtórzyła sukces „Księgi Welesa”, zdobywając nagrodę na Najlepszą książkę na jesień 2015 r. w kategorii kryminał oraz Najlepszą książkę na gwiazdkę 2015 r. w kategorii dla miłośników fantastyki.

Autor blogu o tematyce nie do końca racjonalnej, tajemniczej i wykraczającej poza ramy sztampowego myślenia, w którym to, co nieprawdopodobne nie znaczy, że nie istnieje.

Autor: Paweł Becker. Pierwotne miejsce publikacji: „More Maiorum”, nr 4(39)/2016.