Tajemnicza szuflada babci – to ona pomogła odnaleźć rodzinę w USA!

Moje zainteresowanie genealogią wzięło swój początek od babcinej szuflady. Byłam jeszcze smarkulą niewiele interesującą się przeszłością…

Zaczęło się niewinnie – babcia wyjęła z szuflady starą, dość już podniszczoną kopertę, przewiązaną tasiemką. Z namaszczeniem rozplątała tasiemkę i wyjęła całą zawartość pakieciku. Oczom moim ukazały się stare, pożółkłe listy i fotografia przystojnego mężczyzny. Ja, jak to ciekawskie dziecko, zalałam babcię potokiem pytań – a co to, a kto to, a skąd i dlaczego? Babcia ze smutkiem odpowiedziała, że to listy z Ameryki od kuzynki Wandy i wujka Piotra. Wanda pisała jeszcze w czasie wojny, ale po jej zakończeniu listy przestały przychodzić. A że na listy babci nie było żadnej odpowiedzi, to sama przestała pisać. Wujek zmarł, Wanda może też. Z wielkim namaszczeniem przekładała babcia listy, a ja podziwiałam kopertę i papier – w górnym rogu wydrukowana kareta z zaprzęgiem konnym. Babcia mi wyjaśniła, że Piotr w Polsce wyuczył się na rymarza i gdy wyjechał do Stanów Zjednoczonych, otworzył zakład rymarski, w którym produkował uprzęże dla koni.

Piotr urodził się w 1858 r. Gdy dorósł liczył się z możliwością powołania do niemieckiego wojska, a zaborcy nie chciał służyć. Wyjechał do Hamburga, stamtąd do Anglii, z Anglii popłynął do USA. Dostał się do Kalifornii, w San Francisco otworzył zakład i sklep z uprzężami. Odkładał pieniądze, które wysyłał do Polski, aby najstarszy brat Józef mógł przyjechać do USA z całą rodziną. Józef rzeczywiście dotarł do USA, zatrzymał się w Buffalo u kuzyna swojej żony. Trochę jeszcze babcia opowiedziała o Wandzie – córce Józefa, wyjęła zdjęcia ślubne Wandy oraz zdjęcia z jej dwudziestopięciolecia ślubu. Wszystkie pamiątki spracowanymi rękoma pogładziła i schowała znów na dno szuflady. Tam przeleżały wiele lat. Po śmierci babci mój ojciec zabrał wszystko z tajemniczej szuflady i schował do swojego biurka – znów spokojnie listy leżały. Czekały na stosowny czas? Czasem w rozmowach wracaliśmy do starych listów z babcinej szuflady. Dowiadywałam się różnych ciekawostek rodzinnych. Jednak sprawa na jakiś czas ucichła.

list

List od Piotra do mojej babci /fot. archiwum Marii Zielezińska

Kilka lat temu zostałam zaproszona na ślub koleżanki, który odbył się w Niemczech. W domu pana młodego zobaczyłam na ścianie, w ozdobnej ramie, pięknie rozrysowane drzewo genealogiczne. Okazało się, że przyszły pan młody, rodowity Niemiec, z dumą pokazywał swoją babcię, Polkę, urodzoną w okolicach Jarocina. Wtedy przemknęła mi myśl – a ja mam stare listy i fotografie z Kalifornii! Coś z tym trzeba zrobić!

Byłam absolutnie „zielona” w temacie genealogii. Zaczęłam od najbliższej rodziny – poszło gładko, to było zachętą do dalszych poszukiwań. Zaczęłam budować drzewo genealogiczne w Internecie. Akty urodzenia i ślubów dziadków jeszcze bez problemów zdobyłam, ale co dalej? Założyłam konto na Facebooku, przeglądałam nazwiska, ale bez większych rezultatów. Znalazłam przypadkiem stronę genealogiczną, zarejestrowałam się i zaczęłam czytać, co i jak ludzie tutaj robią. Zadałam pytania na forum o poszukiwaniach za granicą. O dziwo dostałam odpowiedź z zaproszeniem od Renaty do grupy pasjonatów genealogii na Facebooku. Radziła, i słusznie, żebym czytała, co tu ludzie piszą, wszystkiego się nauczę, a czego nie będę wiedzieć – mam się nie bać tylko pytać – pomogą.

I tak się zaczęła na poważnie moja przygoda z genealogią. Ciągle męczyły mnie te listy z babcinej szuflady, wiedziałam że coś z tym trzeba zrobić. Teraz ja, jak kiedyś babcia, wyciągałam je, kolejny raz czytałam, głaskałam… Wchodziłam na Facebooka, wpisywałam nazwisko pradziadka ciotecznego i przeglądałam. Sympatycznie wyglądał jeden starszy pan. Imię też pasowało. Piotr pisał w jednym z listów do babci, że ma syna Kaspra – a tu był Cas… Przy pomocy mojego syna, napisałam po angielsku do Casa, ale żadnej odpowiedzi nie otrzymałam… Jednak nie rezygnowałam, zaglądałam na profil Casa, ale tam nic się nie działo, żadnych wpisów. Pomyślałam – starszy człowiek, pewnie nie lubi Internetu.

Śledziłam wpisy na genealogach i natrafiłam na ofertę Alana – miał możliwość przeszukiwania skanów spisów ludności i list pasażerskich w Stanach Zjednoczonych. Napisałam – a nuż nie odmówi? Nie odmówił, poprosił o szczegóły i obiecał szybko zadziałać. W krótkim czasie dostałam skany list pasażerów statków płynących do USA z Europy.

Są moi! Udało się! Radość wielka, a zaraz potem pytanie – i co dalej?

Znów Internet. Na Facebooku znalazłam grupę genealogów w Kalifornii. Poprosiłam o przyjęcie do grupy. Ponieważ nie znam języka angielskiego, musiałam mieć tłumacza, bo przecież się nie dogadam! Ale moje dzieci znają angielski, więc szybki telefon do syna, czy będzie mi tłumaczył.

Napisałam, że poszukuję rodziny, ponieważ zajęłam się budową drzewa genealogicznego. Na wstępie zaznaczyłam, że nie oczekuję żadnych zaproszeń czy pieniędzy. Proszę tylko o pomoc w odszukaniu konkretnej rodziny. Wiem, że brat mojej prababci (podałam imię i nazwisko) mieszkał w San Francisco i w tych rejonach prowadzę poszukiwania. Post napisałam i na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Po kilku dniach napisała do mnie kobieta, że chyba może mi pomóc. Jest niemal pewna, że ma kontakt zawodowy z pewną Cathy o poszukiwanym przez mnie nazwisku, a na dodatek ta pani ma syna Piotra. Zapytała mnie czy chcę adres. No pewnie! – odpisałam. Po otrzymaniu adresu napisałam odręcznie list – na wstępie, że nie oczekuję pieniędzy ani zaproszenia, potem – kim jestem, że zajęłam się drzewem genealogicznym naszej rodziny, napisałam o babcinych listach i moich przypuszczeniach o stopniu naszego pokrewieństwa. Zeskanowałam jeden z listów Piotra (według mnie ta kareta była ważna), jego zdjęcie, podałam swój adres mailowy i domowy. Pozostało czekać. Ale genealogia uczy cierpliwości, więc ile by nie miało to trwać – poczekam.

Po pięciu dniach dostałam maila z USA! List wyjątkowo szybko dotarł i wywołał kompletną konsternację, ale i radość w rodzinie za Oceanem. Cathy natychmiast skontaktowała się z resztą rodziny, żeby podzielić się tą wielką radością – mamy w Polsce rodzinę. Krótko mi napisała, że faktycznie jest prawnuczką Piotra, bardzo się cieszy i mi dziękuje, że byłam tak wytrwała w poszukiwaniach. List zakończyła pytaniem retorycznym – czy wiem dlaczego jej jedyny syn ma na imię Piotr. Przecież, że wiem!

Fotografia ślubna Piotra i Marii /fot. archiwum Marii Zielińskiej

Fotografia ślubna Piotra i Marii /fot. archiwum Marii Zielezińska

Rozpoczął się okres intensywnej korespondencji, pytań i radości – zwłaszcza za Oceanem, chociaż i ja miałam wypieki na twarzy, nieprzespane noce z racji różnicy czasu.

Nazajutrz dostałam następnego maila, od kolejnej kuzynki, Stefanii. Jest moją rówieśniczką, uczy w szkole średniej historii! Ten mail był trochę chaotyczny, bo i w życiu wszystko się pozmieniało. Stefania rano pojechała do pracy, ale jak sama napisała – musiała wziąć kilka dni wolnego – z radości, że się rodzina w Polsce odnalazła. Nie umiała się skupić na prowadzeniu lekcji. Wszyscy w szkole dowiedzieli się, że Stefania ma swoje małe święto.

Okazało się, że oni w Kalifornii również mają swoją tajemniczą szufladę z listami od mojej babci. Stefki ojciec też co jakiś czas je wyciągał, przeglądał i ciągle uważał, że w Polsce na pewno jest jakaś rodzina. Piotr zmarł w 1937 r. Po wojnie syn Piotra – Kacper, próbował przez Czerwony Krzyż odszukać rodzinę, ale dostał odpowiedź, że wszyscy zginęli w czasie nalotu… Jego syn – Cas, też był przekonany, że gdzieś w Polsce ma rodzinę. Stefka ubolewała bardzo, że nie doczekał tego radosnego dnia. Okazało się, że starszy pan, na którego konto kilka razy wchodziłam, to Stefki ojciec. Konto jest, ale już nie miał kto odpisać na moją wiadomość… Spóźniłam się, Cas od kilku miesięcy nie żył…

Zaprosiłam moje kuzynki do wspólnego budowania drzewa genealogicznego w Internecie. Następnego dnia dostałam maila, że muszą się nauczyć żyć w nowej rzeczywistości – było ich 11 członków rodziny, a teraz jest prawie 200! Z kolei nam przybyły cztery nowe kuzynki z mężami i dziećmi, jeden kuzyn i brat Casa – czyli drugi kuzyn w pierwszej linii.

Po pierwszych emocjach przyszedł czas na konkrety. Cała nasza kalifornijska rodzina jest dumna z polskich korzeni, panowie dostojnie noszą polskie nazwisko, a panie są dwojga nazwisk, aby ciągle podkreślać swoje polskie pochodzenie. Piotr uciekł przed poborem do wojska zaborcy. W San Francisco działaczem polonijnym. Prawnuczki dumne są z fotografii, na której widać Piotra, idącego z polską flagą na czele pochodu. Teraz próbujemy nadgonić stracony czas.

Gdy już nacieszyłyśmy się informacjami z głębokiej przeszłości, zajęłyśmy się bliższymi czasami. Moje kuzynki chciały jak najwięcej wiedzieć o polskich krewnych, o polskich tradycjach, więc pytały zwłaszcza o święta, a to bardzo łączy się z kuchnią. Szczęśliwie Stefka lubi gotować, chciała poznać typowo polskie potrawy. Tak więc wysłałam „Kuchnię Polską” w wersji angielskiej, ale też przepisy sprawdzone w mojej kuchni. Produkty zamawiane są w polskim sklepie internetowym. Oczywiście najważniejszy jest bigos – ulubiona potrawa męża Stefanii (Portugalczyk). Wszystkie moje kuzynki nauczyły się piec pierniki (przyprawę wysyłam razem z opłatkiem wigilijnym) i sernik. Sernik jest gwoździem programu na każdej rodzinnej uroczystości. Stefka poradziła sobie też z pierogami.

Portret rodzinny polskich emigrantów. Lata 20. XX w. /fot. archiwum Marii Zielińskiej

Portret rodzinny polskich emigrantów. Lata 20. XX w. /fot. archiwum Marii Zielezińska

Ciągle jest problem z barierą językową. Gdy jestem u dzieci, nie ma problemu, bo ma kto tłumaczyć. Ale gdy ich nie ma w pobliżu… Jednak i tu znalazło się rozwiązanie. Stefania ze względu na częste wizyty u rodziny męża na Azorach nauczyła się portugalskiego. Stwierdziła, że w takim razie nauczy się też polskiego. Właśnie idzie na emeryturę, więc będzie miała dużo wolnego czasu. Wysłałam jej „Język polski dla obcokrajowców”. Będzie się uczyć, a przyda jej się znajomość polskiego, bo w przyszłym roku chcą przylecieć do Polski.

Piotr to barwna postać tamtych czasów, jednak nie do końca odkryta jest historia jego życia. Jego prawnuczki wiedzą, że jakiś czas mieszkał w Teksasie, ale co tam robił? Ożenił się dopiero w 1899 r., może dlatego „poprawił” sobie metrykę, podając 1868 r. jako rok urodzenia. Równie ciekawą postacią jest brat Piotra – Józef. Mam o nim szczątkowe informacje, ale wierzę, że to się zmieni, Wiem, że Józef, mając 50 lat, żonę i szóstkę dzieci, postawił wszystko na jedną kartę i też wyruszył z całą swoją rodziną „za chlebem” do Ameryki. Ale to już historia na osobną opowieść…

Gdy już myślałam, że nic mnie nowego nie zaskoczy z USA, odezwał się prawnuk Józefa z Buffalo. Również zajął się drzewem genealogicznym, ma je w Internecie i któregoś dnia wyszło mu „dopasowanie”. Napisał maila i takim sposobem odnaleźli się kolejni krewni. Tym razem, czasowo mieszkający w Chinach, trzeci kuzyn w pierwszej linii. Wiedział o istnieniu rodziny w Kalifornii, ale nie miał do nich żadnego kontaktu. Teraz ja, z Polski, połączyłam Buffalo z Kalifornią.

I jak tu nie cieszyć się genealogią ? A zaczęło się tak niewinnie – przy babcinej szufladzie.

Od kilku lat szperam, szukam. To ciągłe dociekanie, odkrywanie kolejnych zagadek, a jeszcze bardziej – brak rozwiązania – bardzo wciąga. Jednak zawsze, gdy proszę o pomoc – mam ją, najczęściej od zupełnie obcych mi ludzi. Ale nie tak do końca można ich nazwać obcymi – przecież mamy wspólną pasję, więc nie są już tak całkiem anonimowi…


Autorka: Maria Zielezińska