Syberia, czyli życie porwane na kawałki

Więźniowie gułagu/ fot. Wikimedia Commons

Tych, którzy przybywają do Warszawy zachęcam do przejścia ulicą Muranowską i zatrzymania się na Skwerze z Pomnikiem Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Tylko w latach 1941–1952 Sowieci wywieźli z kraju około 132 tysiące Polaków…

Pomnik przedstawia krzyże na kolejowej platformie, która ustawiona jest na torach, a na każdym podkładzie widnieje nazwa miejscowości znanej z kaźni narodu polskiego w ZSRR. Został on wybudowany ku czci Polaków poległych i pomordowanych na Wschodzie, a w szczególności wywiezionych do łagrów na Syberii. I zapewniam, że patrząc na te krzyże będziecie pewni, że Syberia to nie tylko niekończąca się zieleń, przyroda. Tam rozciąga się ponury, mroczny cień krzywd, cierpień i śmierci. I to, co dla nas bolące, dla Rosji carskiej czy bolszewickiej, to po prostu miejsce zsyłki przestępców, przeciwników politycznych, wrogów klasowych, czy ludzi z podbitych krajów.

Syberia, czyli Sybir… krótka nazwa długiej drogi prowadzącej w stepy Kazachstanu, do Krasnojarska, Irkucka, Donbasu, ale i do setek innych, nieznanych miejscowości ukrytych gdzieś w niekończących się przestrzeniach. A przestrzenie te zapełniały się systemem gułagów, obozami pracy przymusowej przeznaczonymi dla jeńców.

Wielkie deportacje ludności

I mimo że zsyłki w głąb Rosji na jakiś czas wstrzymała wojna 1920 roku, to gehenna wielu rodzin rozpoczęła się na nowo. Wertując różne materiały natrafiam na lata 1937-1938, kiedy to całe grupy Polaków, zamieszkujące tereny przygraniczne wywieziono w nieznane, niezamieszkałe tereny Kazachstanu.
Warto wiedzieć, że w latach 1939-1941 na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej, a okupowanych przez ZSRR, zachodziły przemiany polityczne i społeczne, które zmierzały głównie do sowietyzacji tych terenów. A żeby sowietyzacja odbywała się, potrzebny był terror i zastraszanie za pomocą, których starano się zniszczyć wszelki opór. A najboleśniejsze były deportacje. W latach 1940-1941 władze ZSRR dokonały czterech wielkich operacji deportacyjnych z ziem polskich.

Sybir, czyli Syberia… I mimo że w błąd może wprowadzać niezbyt dokładna ewidencja, to przeglądając różne opracowania, można śmiało określić, że w wyniku deportacji, aresztowań i innych działań w czasie II wojny światowej i po wojnie, na Sybirze znalazło się ponad 1,5 miliona Polaków. Wielu zmarło z głodu, chorób i morderczej, przymusowej pracy, wielu zamordowano. Wśród wywiezionych byli żołnierze z wojny obronnej 1939 roku, ale i żołnierze z frontów na zachodzie i wschodzie, żołnierze walk podziemnych różnych organizacji oraz ludność cywilna. Nie pomijano starców, ani dzieci.

fot. Wikimedia Commons

Pierwsza z deportacji, to luty 1940 roku. Tymi „niebezpiecznymi” okazali się żołnierze z 1920 roku osiedleni na terenach wschodnich, ale i chłopi, którzy nabyli ziemie właśnie w tamtych stronach. Deportowano całe rodziny, które miały zaledwie kilka godzin na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Niektórzy nie byli w stanie zabrać czegokolwiek. Deportowanych przewożono w wagonach towarowych z zakratowanymi oknami, do których ładowano po 50-70 osób, a czasami więcej. Podróż na miejsce zsyłki trwała nawet kilka tygodni. Warunki panujące w czasie transportu były przerażające, a temperatura coraz niższa, spadała nawet do -400C. Ludzie umierali z zimna, głodu i wyczerpania. I chociaż były próby ucieczki, to nie wiem czy komuś się ta sztuka udała. Uciekający najczęściej ginęli od kul strażników, albo przepadali w tych niekończących się stepach. Ale koniec przerażającej podróży, był tak samo przerażający, jak miejsce w wagonie, bo koszmar nie kończył się, a dopiero rozpoczynał. Zesłańców czekał najpierw szok, a później już tylko niewolnicza praca przy wyrębie tajgi, w kopalniach, kamieniołomach.

Następna deportacja to kwiecień 1940 roku Objęła ona rodziny osób wcześniej represjonowanych i aresztowanych przez NKWD, uwięzionych w obozach jenieckich, skazanych na pobyt w obozach pracy. Osiedlono ich głównie w Kazachstanie, kierując do pracy w kołchozach, sowchozach. Obok rodzin osób aresztowanych za udział w działaniach polskiej konspiracji, wywieziono w głąb ZSRR rodziny funkcjonariuszy policji, rodziny służby więziennej i żandarmerii, ziemian i urzędników. Były to przeważnie kobiety, dzieci oraz osoby w starszym wieku, które zupełnie nie były przygotowane do ciężkiej podróży, tym bardziej do pracy na roli, do życia w prymitywnych warunkach i surowym klimacie.

Walka o przetrwanie

Czerwiec 1940 roku to trzecia deportacja… Objęła ona Polaków z centralnej i zachodniej części kraju, którzy we wrześniu 1939 roku, w obawie przed Niemcami, przybyli na wschód Polski. Te transporty z zesłańcami skierowano na Ural oraz na tereny nadwołżańskie. Tu należy zauważyć, że z tej grupy zesłańców ponad 60 tysięcy z powrotem odesłano na tereny zajmowane przez III Rzeszę, a pozostałych wysłano w głąb Rosji.
Czwarta fala deportacji to maj i czerwiec 1941 roku. Deportacją objęci zostali żandarmi, obszarnicy, przemysłowcy, urzędnicy państwowi, a także ich rodziny. Deportowano członków organizacji uznawanych przez NKWD za kontrrewolucyjne. Były to też wysiedlenia z terenów zachodniej Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Przypomnę, że w czerwcu wybuchła wojna niemiecko-radziecka, a to spowodowało ostrzeliwanie, naloty i bombardowanie linii kolejowych, co oczywiście już na początku spowodowało śmierć znacznej liczby przewożonych w wagonach ludzi.

Czytając książki, oglądając filmy przedstawiające gehennę wywiezionych, niejeden z nas zadawał sobie pytanie „jak przetrwać?”. Wyrzuceni z własnych domów ludzie tracili wszystko, a rzuceni w zupełnie nowe, trudne ziemie, tworzyli sobie życie od podstaw.

A każdy dzień to był dzień walki o przetrwanie. I obojętne czy to praca w gułagach, przy wyrębie tajgi, czy w kopalniach, głód i praca ponad siły wycieńczała organizmy, prowadziła do powolnej śmierci. I to wszechobecne widmo głodu… Głód prowadzi do różnych reakcji. Do kradzieży, zabójstwa, ale w większości to stałe gesty solidarności, dzielenie się każdą kromką chleba. Głód dziecka to dodatkowe siły i walka o dodatkową porcję, to walka matki i ojca o kawałek chleba dla swoich dzieci. Przydziały żywnościowe były niestety tak niewielkie, że w żaden sposób nie mogły wystarczyć dla zaspokojenia głodu. Okres wiosenno-letni, dawał możliwości przygotowywania posiłków według własnych pomysłów. A nazbierać można było szczawiu, lebiody, pokrzywy. Najtrudniej było z lebiodą, która momentalnie znikała. To właśnie z niej przygotowywano w miarę pożywny „szpinak”. A szczęściem zupełnym było wbicie w rozgotowaną lebiodę jajka jakiegoś ptaka. Ale takie szczęście trwało krótko, bo i ciepłe pory roku krótkie.

Droga kości

Nieszczęście głodu potęgowało się zimą. Nawet herbata z mielonej kory nie rozgrzewała, a tym bardziej nie nakarmiła. W takich warunkach pierwsze umierają dzieci, później najstarsi, a następnie…? Później chyba ci, którzy nie mogli liczyć na najbliższych, pozbawieni rodzin. Dzielenie się jedzeniem, wspólne wyszukiwanie pożywienia dawało szansę przeżycia.

Oprócz głodu było zimno. I o ile zesłani na Syberię łatwiej mogli się ogrzać drewnem, którego było tu pod dostatkiem, o tyle w Kazachstanie stosowano suszony nawóz. Każdy, kto mógł chodził za krowami i zbierał ich odchody, które suszono na słońcu i gromadzono na zimę. Palący się „kiziak”, bo tak to nazywano dawał niewielki płomień, za to ciepła sporo.

Lokalizacja gułagów/ fot. Wikimedia Commons

Najokrutniejsze łagry rozlokowane były na wielkiej przestrzeni dorzecza rzeki Kołyma, która wpada do Oceanu Lodowatego. Panuje tu klimat subpolarny, wieczna marzłoć. Kołyma to nie tylko łagry, ale i złoto, rudy cyny, ołowiu, uranu, (który rozpoczęto eksploatować w latach 40. XX w.), platyna, węgiel i inne.
To właśnie zasoby naturalne tej wiecznie zamarzniętej krainy, przysłużyły się do jej złej sławy.To miejsce stało się grobem setek tysięcy ludzi. To „przeklęta wyspa”. To najstraszniejsze z wyobrażalnych miejsc – kiedyś było tam 160 łagrów. To miejsce, gdzie zmarli leżą dosłownie pod nogami. Dosłownie, bo Trakt Kołymski, najdłuższą drogę na Kołymie, budowali więźniowie i jak któryś padł z wycieńczenia, grzebano go na nim. Na tej drodze pozostało też wielu Polaków. Trakt Kołymski zwany jest też
„drogą kości”.

Stąd nawet nie było możliwości ucieczki. Żaden zdesperowany szaleniec nie miał szans na lodowej pustyni, a latem wśród bagien. Na odciętym od świata terytorium mógł tylko zamarznąć w głębokim śniegu, zginąć z głodu albo stać się ofiarą wygłodniałych wilków. Kołyma – najokrutniejsze i nieludzkie miejsce. Tu śmiertelność więźniów dochodziła do 80 proc. Co ciekawe władze ZSRR do Kołymy kierowali także swoich, których z różnych względów uważali za zdrajców ojczyzny. Jeszcze w czasach stalinowskich istniał na Kołymie jeden z najstraszniejszych obozów pracy. Jego więźniowie pracowali w fabryce wzbogacania uranu. Zastanawiałam się, kiedy zostały zlikwidowane te straszne, kołymowskie łagry. Otóż zwalnianie cudem ocalałych więźniów nastąpiło dopiero po śmierci Stalina w 1953 roku. Ile ludzi pozostało na stale w tych niedostępnych ziemiach? Ogółem podaje się liczbę ok. 60 milionów, z czego sama Kołyma pochłonęła ponad 6 milionów istnień ludzkich. Ale czy tyle? Tego naprawdę nikt nie wie. Na Syberii trudno znaleźć polskie cmentarze, a kości tych, którzy tam zastali, przykrywa trawa i lód. Pochowała ich ziemia okrutna, przerażająca, milcząca.

Pewnie nie wszyscy wiedzą, że więźniem Kołymy był także Ryszard Kaczorowski. Ostatni prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Mapy rozlokowanych gułagów, wspomnienia jeńców przedstawiają, co chwila nowe informacje, nowe zdarzenia, nowe cierpienia. Wiemy wiele, ale nie wiemy jeszcze więcej.

Autorka: Grażyna Stelmaszewska. Pierwotne miejsce publikacji: „More Maiorum”, nr 9(32)/2015.