Od rolnika do szlachcica, czyli jak może zaskoczyć genealogia

Genealogia każdej rodziny kryje wiele interesujących tajemnic, czasami ukrytych bardzo głęboko, dlatego dopóki nie rozpoczniemy odkopywania własnych korzeni, dopóty nie poznamy nieznanej sekretnej cząstki samego siebie.

Błękitna krew to bardzo dobrze znana wszystkim metafora, mianem której potocznie określa się osoby, wywodzące się ze stanu szlacheckiego. Dlaczego akurat błękitna? Chodzi oczywiście o kolor zewnętrznej części żył, które pod skórą ludzkiego ciała, przyjmują właśnie odcień koloru niebieskiego. U osób z jaśniejszą karnacją skóry ta charakterystyczna barwa widoczna jest o wiele bardziej wyraźnie. Jednym ze stereotypów, dotyczących szlachty, który dość dobrze się utarł, jest pogląd, że szlachta, w odróżnieniu od chłopów, w mniejszym stopniu miała możliwość kontaktu z promieniami słońca. Wynikało to z pracy fizycznej chłopów na roli, która stanowiła niewątpliwie większą część ich życia w przeciwieństwie do osób z arystokracji. Taki tryb życia nie bez przyczyny miał swoje następstwa w postaci większej opalenizny skóry u chłopów. Po drugie w rodzinach szlacheckich często stosowano parasole, mające na celu ochronę przed słońcem.

Niekorzystną konsekwencją posiadania błękitnej krwi miały być m.in. ataki migreny. Sam cierpię na tę uciążliwą przypadłość, ale nigdy nie miałem jakiegokolwiek powodu, aby wiązać ją z posiadaniem hipotetycznych korzeni szlacheckich. Wszyscy przecież dobrze wiemy, że ma to wydźwięk wyłącznie humorystyczny i należy to traktować z wielkim przymrużeniem oka. O genealogii mojej rodziny było wiadomo zawsze niewiele, wiedza dziadków sięgała do ich dziadków, czyli moich 2x pradziadków. „Od zawsze wszyscy uprawiali ziemię” – mówili. Do dziś ogromna część mojej rodziny pracuje w sektorze rolniczym. Nie było też powodu, aby przypuszczać, że przodkowie mogą pochodzić spoza południowo-wschodniej części Wielkopolski. Te stwierdzenia w konfrontacji z rzeczywistością okazały się być zupełne nietrafne.

Pierwsze kroki w genealogii

Poszukiwania przodków rozpocząłem w 2010 roku. Jestem pierwszą osobą w rodzinie, która złapała bakcyla … i to na dobre. Od momentu, kiedy zająłem się badaniami korzeni własnej rodziny, mogłem dowiedzieć się o wiele więcej i dzielić się tym z bliskimi. Pamiętam, że jednym z pierwszych dokumentów, które odnalazłem była metryka urodzenia mojej 2x prababci – Antoniny Bogusiak z domu Stysiak. Odnalazłem ją oczywiście w Internecie. Dopisek, dotyczący zgonu, który znajdował się na marginesie tejże metryki był dla mnie potwierdzeniem, że chodzi o tę właśnie, a nie inną Antoninę. Wpisana tam data zgonu zgadzała się ze stanem faktycznym. Odczytałem z dokumentu, że Antonina urodziła się w 1865 r. w Złotnikach Małych w parafii Goliszew, co mnie trochę zaskoczyło. Nie chodziło tylko o miejsce urodzenia, ale jako niedoświadczony badacz historii rodziny nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że istnieje takie zjawisko jak przekłamanie informacji na nagrobkach. Często wiek zmarłego podawano „na oko”, szczególnie gdy zgon nastąpił wiele lat temu. Rodzicami mojej 2x prababci byli: Franciszek Stysiak – owczarz, oraz Marianna Raszkowska (w dokumencie zapisano Raczkowska). Akt małżeństwa Stysiaka z Raszkowską znalazłem kilka miesięcy później, tak naprawdę przez … przypadek w parafii Dębe oddalonej o kilkanaście kilometrów od miejsca urodzenia Antoniny. Poszukiwałem tam wtedy przodków z zupełnie innej linii, a trafiła mi się taka niespodzianka.

Akt ślubu Franciszka Stysiaka, rok 1860 /fot. szukajwarchiwach.pl

Rodzice Antoniny zawarli związek małżeński w 1860 r., a z dokumentu dowiedziałem się dość nieoczekiwanych informacji. Jej ojciec Franciszek – wówczas borowy, pochodził z Wielkiego Księstwa Poznańskiego (Kaczyniec w parafii Sośnica), a matka Marianna urodzona w Zadzimiu (woj. łódzkie) była córką młynarzy – Antoniego i Ewy z Maciejewskich małżonków Raszkowskich. Pierwsza myśl – szukam w parafii Zadzim! W rzeczywistości nie znalazłem tam nic poza metryką urodzenia Marianny z 1839 r. Z pomocą przyszły bardzo przydatne w genealogii wyszukiwarki. Odnalazłem w ten sposób metryki urodzenia kilku innych dzieci Raszkowskich. Okazało się, że urodzili się oni w różnych częściach powiatu poddębickiego i zduńskowolskiego w obecnym województwie łódzkim.

Szlacheckie pochodzenie?

Kolejny trop odnalazłem po dwóch latach bezskutecznych poszukiwań. Był to Uniejów, gdzie w roku 1830 moi 4x pradziadkowie (Raszkowski i Maciejewska) złożyli przysięgę małżeńską. Dzięki tej i kilku innym metrykom poznałem nowe szczegóły: Antoni był młynarzem urodzonym w Kawęczynie (syn Karola i Magdaleny z Tomczyków), a Ewa urodziła się w pobliskiej Lipnicy ok. 1810 r. jako córka Józefa i Józefy z Będkowskich małżonków Maciejewskich również młynarzy. W 1814 r. w Lipnicy umiera ojciec Ewy – Józef Maciejewski, który posiadał w tej miejscowości młyn wiatrowy. Wdowa po Maciejewskim jeszcze tego samego roku powtórnie wyszła za mąż. Nowym mężem został Teodor Alexandrowicz. Po raz pierwszy w życiu w dokumencie, dotyczącym kogoś z moich przodków spotkałem się ze słowem wpisanym przed imieniem, którego znaczenia w tym kontekście nie potrafiłem zinterpretować. W zapowiedzi przedmałżeńskiej jak i samej metryce ślubu zarówno Alexandrowicz, jak i Będkowska, zostali określeni jako „urodzeni”. Niestety nie podano ani miejsca urodzenia, ani imion rodziców mojej 5x prababci Będkowskiej.

Dopiero gdy na jednym z forów genealogicznych padło pytanie, co oznacza „urodzony”, zwróciłem na to większą uwagę. Okazuje się, że słowo to najprawdopodobniej określa szlacheckie pochodzenie.
Aby dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu Józefy, odnalazłem pierwszą metrykę jej małżeństwa z 1803 r. z Józefem Maciejewskim. Ślub zawarto w wielkopolskim miasteczku – Zagórowie (powiat słupecki). Dzięki temu dokumentowi uzyskałem kolejne wskazówki do dalszych poszukiwań, lecz bez tych najważniejszych – ponownie nie podano rodziców. Dowiedziałem się, że Będkowska mieszkała wtedy w Tarszewie, natomiast Maciejewski pochodził z Ciążeńskich Holendrów. Dodatkowymi informacjami są świadkowie: Tomasz Będkowski z miejscowości Podlesie i Józef Exteyt z Zagórowa. Udało mi się odnaleźć w tzw. Tekach Dworzaczka (Biblioteka Kórnicka Państwowej Akademii Nauk) monografię Będkowskich, posługujących się herbem Ostoja, którzy licznie zamieszkiwali Wielkopolskę, w tym również powiat słupecki. Czy Józefa pochodziła właśnie z „tych” Będkowskich?

Akt ślubu Józefa Maciejewskiego, rok 1803

Hipotezy rodzinne

Powstały dwie hipotezy, dotyczące mojej 5x prababci. Pierwsza ma związek z Tomaszem Będkowskim. Jedyną Józefą Będkowską jaką odnalazłem w Tekach Dworzaczka była urodzona w Jerzykowie (parafia Ostrowite) w 1780 r. Józefa Karolina Będkowska, córka Ludwika i Antoniny z Podgórskich. Rok urodzenia „mojej” Będkowskiej na podstawie różnych metryk ustaliłem na około 1779. W monografii Będkowskich występuje również Tomasz Będkowski, który był bratem Ludwika, a więc wujkiem Józefy Karoliny. Postanowiłem sprawdzić, gdzie znajduje się miejscowość Podlesie podana w dokumencie. Okazuje się, że w pobliżu Zagórowa są dwie takie miejscowości. Pierwsza leży nieopodal Żerkowa, a druga kilka kilometrów od Jerzykowa, gdzie urodziła się herbowa Józefa Karolina. Czy to ma jakiś związek? Kim więc był tajemniczy Tomasz Będkowski z metryki? Bratem, ojcem, wujkiem „mojej” Józefy? A może chodzi o inne Podlesie, którego nie ma już na mapach? Rozwiązywanie tej zagadki zapewnie jeszcze trochę potrwa.
Druga hipoteza odnosi się do kolejnego ze świadków – Józefa Exteyt. To samo nazwisko (zapisane jako Ekszteyt) można odczytać z metryki zgonu Wojciecha Będkowskiego odnalezionej przeze mnie w parafii Zagórów. Wojciech zmarł w Tarszewie w roku 1830, a jego rodzicami byli Jan Będkowski i Zofia Ekszteyt. Czy może to sugerować, że Wojciech był bratem, a może kuzynem „mojej” Józefy? To i wiele innych pytań pozostaje wciąż bez odpowiedzi.

Antenaci herbu Janina…

Odkrycie korzeni mojego 5xpradziadka Józefa Maciejewskiego było nieco łatwiejsze. W parafii Ciążeń od połowy XVIII w. urodził się jeden Józef Maciejewski – dokładnie w 1779 r. Rodzicami Józefa byli Jan Maciejewski i Wiktoria z domu Mettler, którzy mięli poza Józefem jeszcze co najmniej dziewiątkę innych dzieci urodzonych w Ciążeńskich Holendrach. Jan urodził się w Wolicy pod Nowym Miastem nad Wartą, natomiast Wiktoria w Witkowie. Rodzicami Jana, a tym samym moimi 7xpradziadkami byli Stanisław i jego żona Katarzyna Maławska. Teki Dworzaczka po raz kolejny okazały się kopalnią dodatkowej wiedzy – dowiedziałem się, że Stanisław w latach 1729-1732 był ekonomem w Wolicy, i że prawidłowe ich nazwisko to Maciejowscy, a nie Maciejewscy. Moi przodkowie w różnych metrykach byli zapisywani przez księży jako Maciejewscy, chociaż sprawdziłem później kilkakrotnie i zdarzyło się kilka wyjątków, gdzie zamiast „e” w nazwisku, wyraźnie wpisano „o”. Dowiedziałem się, że herbem, którym posługiwali się moi przodkowie, był herb Janina. Po raz pierwszy w moim drzewie genealogicznym pojawili się szlacheccy przodkowie. Było to dla mnie ogromną niespodzianką i odskocznią od dotychczasowej genealogii, tym bardziej, że taka sytuacja nie miała nigdy wcześniej miejsca w pozostałych gałęziach mojego drzewa.

Nie zachowały się u mnie w rodzinie żadne przesłanki, ani jakiekolwiek inne przerysowane legendy o rzekomym szlacheckim pochodzeniu. Nigdy nikomu nawet nie przeszłoby przez myśl, że może być potomkiem błękitno-krwistych, bo w końcu „wszyscy są do dziś rolnikami i dawniej też tak było”. Być może moja 2x prababcia Antonina sama nie była świadoma posiadania szlacheckich korzeni. Niesamowitym jest, że podczas badań genealogicznych można odkryć coś zupełnie nieoczekiwanego o czym nie miało się wcześniej pojęcia, a które pozwala nam dowiedzieć się czegoś istotnego o naszych przodkach, a zarazem o nas samych. Moje badania genealogiczne ukazały ciekawe zjawisko – w ciągu około 150 lat kolejni potomkowie osoby ze szlacheckim rodowodem stopniowo stają się rolnikami. Co stało się z młynem wiatrowy moich 5x pradziadków? Wykluczam, że odziedziczył go któryś z braci Ewy, ponieważ oboje przeprowadzili się ze swoimi żonami do parafii Wielenin. Mogła przejąć go któraś z sióstr Ewy, jednak każda z nich wyszła za mąż albo za szewca, albo za kowala. Najprawdopodobniej wiatrak sprzedano. Udało mi się go zlokalizować w Lipnicy, korzystając ze starych map, a ponieważ zaznaczono tam tylko jeden tego typu obiekt, mogę spodziewać się, że chodzi właśnie o młyn Maciejewskich (potem Alexandrowiczów). Wiadomo, że stał on jeszcze co najmniej do czasów II wojny światowej (zaznaczono go na mapie z 1944 r.) Dzisiaj nie ma już po nim żadnego śladu.

Wiatrak Maciejewskich i Alexandrowiczów w Lipnicy (łódzkie)

Mobilność przodków

Moja 4xprababcia Ewa z Maciejewskich wraz z mężem Raszkowskim również młynarzem, także nie odziedziczyła młyna po swoich rodzicach. Zmienili oni zupełnie miejsce zamieszkania, a tak naprawdę zrobili to kilkakrotnie. Przysporzyło mi to wielu kłopotów podczas poszukiwań, ze względu na brak konkretnego punktu zaczepienia. Raszkowscy przenosili się regularnie co kilka lat do innej miejscowości, pokonując przy tym czasami kilkadziesiąt kilometrów.

Skąd tak duża mobilność moich przodków…? Najprawdopodobniej chodzi o pracę w różnych młynach na czyjeś zlecenie. Przed rokiem 1860 osiedlili się oni w Zborowie (powiat kaliski), gdzie najwyraźniej spędzili resztę swojego życia. Zostali pochowani na cmentarzu parafii Dębe. Następnie Marianna – moja 3x prababcia, została żoną owczarza.

Przeprowadzili się najpierw do Złotnik Małych, skąd pochodzi 2x prababcia Antonina, a później do Russowa w parafii Tykadłów. Tam w roku 1897 urodziła się moja prababcia Marianna Bogusiak, która poślubiła rolnika Marcina Niciejewskiego. Ja nieprzypadkowo stałem się jego imiennikiem i zostało mi dane zająć się genealogią właśnie po to, aby odkryć wszystko to, co tutaj opisałem.

Autor: Marcin Grenda

Pierwotne miejsce publikacji: „More Maiorum” nr 1(24)/2015.