Niezwykły wojak spod Monte Cassino [historia rodzinna]

Komandosi – Józek ostatni po lewej/ fot. archiwum rodzinne Martyny Bryś

Podczas poszukiwań genealogicznych często poznajemy tragiczne losy członków rodziny. Historie te są małymi opowieściami, tworzącymi tę wielką historię, o której uczymy się w szkole. Kreował ją również Józef Tkacz – walczący za Polskę na dalekich frontach II wojny światowej.

Rodzice mojej ukochanej prababci, Marianny z Tkaczów Bryś, Jakub i Julianna z Rozików Tkaczowie, żyli ze sobą dwadzieścia lat. W pamięci babci zachowały się mgliste wspomnienia. Będąc siedmioletnią dziewczynką, wraz z pięcioletnią siostrzyczką Andzią pilnowała umierającej mamy, która po raz ostatni patrzyła na świat.

W 1931 roku Julianna, zwana na Jelonkach Ulisią, osierociła siedmioro dzieci – najstarszy Antek miał już dwadzieścia lat, najmłodsza Ania – pięć. Po śmierci żony Jakub dotrzymał obietnicy danej żonie, którą kochał nad życie. Bo, musicie wiedzieć, zbuntował się niegdyś swoim rodzicom, żeniąc się z córką ubogiego komornika, a nie z wyznaczoną mu panną. Za karę nie została mu przepisana ojcowizna i musiał gdzie indziej szukać swego domu. Przez dwadzieścia lat mieszkał w Błoniu, obecnej Faustiance, dopiero w 1931 roku wrócił niedaleko ojcowizny, do Jelonek – na Banasiówkę. I niemalże od razu został wdowcem. Niedługo po pochowaniu żony, wziął ślub z jej siostrą, również wdową, z którą miał jeszcze troje dzieci. Józia była tak dobra dla siostrzeńców i własnych dzieci, że zarówno babcia, jak i każde z jej rodzeństwa traktowało ją jako matkę i nigdy inaczej. Nie wyróżniała żadnego z nich – miała dziesięcioro swoich dzieci i basta. We wspomnieniach do końca pozostała tylko, i aż, mamą.

Ratował Żydów

Historia jednego z braci mojej prababci zapiera dech w piersiach i prowadzi krętymi ścieżkami przez dwudziestowieczną dziejową zawieruchę. Józek, urodzony w 1917 roku, w połowie lat trzydziestych, chcąc pomóc ojcu utrzymać jakże liczną rodzinę, zaczął parać się szmuglerką. Mieszkali w Banasiówce – pojedynczym domu niemalże przylegającym do rzeki Prosny – ówczesnej granicy pomiędzy II Rzeczpospolitą a III Rzeszą. Jednak młody chłopak szybko poszukał nieco innego zajęcia – przeprowadzał przez granicę uciekających z Niemiec po statutach norymberskich Żydów. Manewrując w nadprośniańskich lasach, omijając strażników granicznych, tzw. zielonków, ratował, przynajmniej tymczasowo, życie wielu ludzi. Niegdyś, gdy był już bardzo zmęczony, walizka Żyda niezwykle ciężka, a towarzysz podróży dosyć roszczeniowy, Józek stracił cierpliwość i zagroził, że wrzuci bagaż do rzeki. Wówczas starszy człowiek padł na kolana i błagał, aby tego nie robić – otworzył walizkę, a tam znajdowały się równiutko poukładane sztabki złota.

Józek w mundurze komandosa/ fot. archiwum rodzinne Martyny Bryś

Prawu nigdy nie uda się ujść – i Józek, łamiąc ówczesne ze szlachetnych przecież pobudek, musiał uciekać z domu. „Zielonkom” w końcu udało się go złapać – na własnym podwórku. Strażnik wymierzył do Józka z pistoletu, a ten, niewiele myśląc, wyrwał broń i skierował w stronę przeciwnika. Gdyby nie Jakub, obecny przy całym zajściu, lekkomyślny Józek zastrzeliłby „zielonkę”. Wówczas życie naszego bohatera potoczyłoby się zgoła inaczej. Ale rodzice zawsze dbają o swoje dzieci – wyrwał synowi pistolet, a strażnik uciekł, mamrocząc pod nosem groźby. Jakub wyprawił syna w świat – kolejne spotkanie z „zielonkami” stałoby się dla Józka przepustką na podróż do ojca Abrahama.

Tajemnicza nieznajoma ze Szkocji

Mając pieniądze zarobione na szmuglerce, nasz bohater wyruszył w świat. Znajomość języka niemieckiego była wręcz niezbędna, ale jego nauczył się jeszcze w Polsce od synów młynarza – Johanna i Wernera. Józef opuścił kraj aż na ponad trzydzieści lat. Przez Niemcy i Holandię dostał się do Belgii – tam pracował w zakładach metalurgicznych w Liège i tamże zastał go wybuch II wojny światowej. Niedługo później udało mu się uciec do Anglii, gdzie zaciągnął się do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po koniec 1940 roku zgłosił się na szkolenie komandosów.

Ćwiczenia w szkockim Coupar Fife były niewyobrażalnie trudne. Józek, z uwagi na doskonałe warunki fizyczne, pomyślnie przeszedł kwalifikację. Po latach będzie z uśmiechem na ustach wspominał, że on prosty chłopak, słuchając rozmów swoich kolegów – lekarzy i prawników, czuł się jak na uniwersytecie. Niestety, i tam zetknął się ze śmiercią. Żołnierze, zobligowani do dźwigania bardzo ciężkiego ekwipażu, nierzadko mieli z tym problemy. Podczas szkolenia na wodzie utonął jeden z przyjaciół Józka, przytłoczony kilogramami bagażu. Nie udało złapać się łopoczącej coraz słabiej ponad taflą wody dłoni polskiego chłopaka i zakończył on swe życie na szkockiej ziemi, chcąc przecież walczyć dla ojczyzny.

Podczas treningu Józek i jego towarzysze byli zakwaterowani u tamtejszych rodzin. Po wojnie nasz bohater wrócił w rzeczone strony, aby podziękować ludziom, którzy w trudny wojenny czas zapewnili młodym chłopakom namiastkę rodzinnego polskiego domu. Powrócił tam też po to, by odnaleźć Barbarę – dziewczynę, której imię widniało na wybieranym przez Józka ćwiczebnym spadochronie. Niestety, nigdy jej nie poznał. Nie dowiedział się, kim była. Do końca pozostała dla niego tajemniczą nieznajomą.

Walki w Algierii

W 1943 roku Józek znaczył drogę polskiego żołnierza-emigranta. Przetransportowany wraz ze swoją formacją do północnoafrykańskiej Algierii, na początku 1944 roku został przerzucony do Włoch – tam zapisał chwalebną kartę swej żołnierki.

Pierwsza Specjalistyczna Kompana „Commando” – niezwykle wykwalifikowani komandosi – spadochroniarze, cenieni za pełen profesjonalizm i, na równi, za schludny wygląd. Józek do końca życia będzie dumny ze swego munduru i czasem pogładzi go w swoim angielskim domu, myśląc o dawnej ojczyźnie.

Nieśmiertelniki Józefa/ fot. archiwum rodzinne Martyny Bryś

Tu zaczyna się włoska przygoda Józka z Jelonek – którą niezadługo do końca zgłębię – podczas wizyty w angielskim domu wuja. Pierwszy raz Józek zetknął się z walką nad rzeką Sangro oraz Garigliano, gdzie polskie wojsko zmagało się z Alpejską Dywizją Hermana Göringa. Pod ostrzałem z moździerzy, otoczeni niemieckimi Goliatami i Tiger Tankami, polscy żołnierze szli zdobywać Monte Cassino. Zakwitły na czerwono tamtejsze literackie maki – w pamięci Józka bitwa o klasztor była morzem krwi. On, mający ponoć wówczas dosyć lekkomyślne podejście do życia, w którym wciąż grała niepokorna krew Tkaczów, niemający nadziei na przeżycie wojny – został tylko lekko raniony w lewe ramię. Będąc już później żołnierzem II Korpusu Polskiego, otrzymał rozkaz przetransportowania na przesłuchanie sześciu jeńców niemieckich. Jeden z nich, esesman, pozwalał sobie na niewybredne uwagi o Polsce – Józek, niewiele myśląc, przygwoździł go do ziemi. Niemiec straszył sądem wojskowym, ale na szczęście Józkowi udało się uniknąć kary. Przegrał nawet w karty z kolegami we Włoszech bardzo drogą omegę. Po latach syn postanowił ojcu zadośćuczynić tę stratę – na siedemdziesiąte urodziny zagrał z weteranem w pokera, specjalnie przegrywając, aby Józek mógł wygrać nowy zegarek.

Józek po wojnie osiadł w Anglii, naturalizował się, ożenił ze Szkotką, miał jednego syna. W Polsce był jeszcze tylko dwa razy – w 1967 i 1969 roku. Ponoć, gdy przyjechał i spotkał się z rodziną, przez dosłownie całą noc lały się łzy – dopiero o poranku byli w stanie w miarę normalnie rozmawiać. A co się stało z synami młynarza, od których uczył się niemieckiego? W 1967 oboje już nie żyli. Siłą wcieleni do Wehrmachtu zginęli – jeden w bitwie pod Stalingradem, a drugi w domu, od odniesionych na froncie ran.

Józef Tkacz (Joseph Morrison) – komandos, kapral, kawaler Brązowego Krzyża Zasługi z Mieczami, Krzyża Monte Cassino, medalu Wojska Polskiego, żołnierz generała Andersa. Brat prababci Marysi. Bohater, który, jak wielu, niknie w mrokach dziejów, ale to naszym zadaniem jest przedłużać pamięć, zachowywać historię – umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci. Chwiejna waluta. Nie ma dnia, by ktoś wieczności swej nie tracił.

Autorka: Martyna Bryś.

Pierwotne miejsce publikacji: More Maiorum nr 6(53)/2017.