Magia Bożego Narodzenia. Wspomnienie dzieciństwa

Najbardziej uroczystym i do tej pory celebrowanym świętem jest Boże Narodzenie. W „Dzienniku Łódzkim” z 1884 roku L. Leoni w swoim artykule pisał:

W Łodzi, święta Bożego Narodzenia, w szczególności wigilia noszą na sobie ze wszystkich dni uroczystą cechę najbardziej serdeczną, rodzinną i stąd najlepiej odpowiadają charakterowi mieszkańców, gościnnemu i otwartemu(…). Te powitania z opłatkiem w ręku, te życzenia(…) ta uczta rybna spożywana na sianku, ta piosenka kolędną zwana.

W dawnej Polsce wierzono, że był to czas, w którym siły światła przeciwstawiały się siłom ciemności. Wielką uwagę zwracano także na zachowanie, bowiem uważano, że określa ono przyszłość w nadchodzącym roku, dlatego z niezwykłą powagą pochodzono do wszystkiego, co mówiono i robiono. Szczególnie od dzieci wymagano posłuszeństwa i grzeczności.

Przywołując w pamięci moje dzieciństwo widzę, ile takich zachowań dorosłych w stosunku do dzieci było kultywowane. Kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, starsi członkowie rodziny bacznie zwracali uwagę na nasze zachowanie i wymagali posłuszeństwa. Kiedy moje zachowanie budziło zastrzeżenie, babcia z wielką powagą zwracała się do mnie słowami: bądź grzeczna, bo aniołki wszystko widzą.

Przedświąteczne porządki

Miesiąc przed świętami, mama z babcią Józią, zaczynały porządkować dom. Z przepaścistych szaf i szuflad wyciągały wiele rzeczy, które prały, czyściły po czym znów wkładały na swoje miejsce, bo jak mówiła babcia zawsze mogą się przydać. Taka sytuacja powtarzała się każdego roku. Nowych rzeczy przybywało, a starych nie ubywało. Kiedy dom był już uporządkowany, rodzice w tajemnicy, pod byle pretekstem, wychodzili „do miasta” na upominkowe zakupy. Jeszcze przed zrobieniem ostatecznych zakupów, mama zabierała mnie na świąteczny kiermasz organizowany co roku w Hali Sportowej. Wędrowałyśmy na stoisko przeznaczone dla dzieci, gdzie mogłam nabawić się dowoli wystawionymi zabawkami. W tym czasie moja rodzicielka bacznie obserwowała, co najbardziej zainteresowało jej pociechę. Któregoś roku, a miałam może z 6 lat, uwagę moją przykuł wózek dla lalek. Był zupełnie inny od tego, który posiadałam. Istne cudeńko. Pamiętam, że za żadne skarby nie chciałam odejść od stoiska. Skończyło się wielkim płaczem. Choć zaklinałam mamę, że będę grzeczna jak nigdy, mama była nieubłagana. Wózek stał się moim wielkim marzeniem i był numerem jeden w liście napisanym do Mikołaja. Jakże marzenia bywają zaskakujące, ale po to są i chwała tym, którzy umieją je spełniać. Toteż gdy wreszcie przyszła Wigilia, moja radość nie miała granic, bowiem Mikołaj prócz worka z prezentami, ciągnął za sobą wymarzony wózek. Moje wielkie marzenie spełniło się.

1_1

Dużo później, kiedy byłam już o wiele starsza, razem z moimi braćmi ciotecznymi, postanowiliśmy pomyszkować po szafach, szafkach i innych zakamarkach w poszukiwaniu prezentów gwiazdkowych. Mieszkaliśmy w tej samej kamienicy, więc takie poszukiwania nie stanowiły żadnego problemu. Gdy w końcu udało nam się odnaleźć wszystkie upominki, radość nasza była wielka, jednak kiedy przyszedł mikołajowy czas, cieszyliśmy się jakby trochę mniej i od tej pory nigdy już więcej takich poszukiwań nie robiliśmy.

Każdy z członków rodziny miał w tym przedświątecznym czasie coś do zrobienia. Babcia z mamą prócz porządków zajmowały się także częścią kulinarną, a tatuś i ja przygotowywaliśmy choinkowe cudeńka i oczywiście pisaliśmy list do Świętego Mikołaja. Zazwyczaj prócz długiej listy prezentów, list zawierał opis grzechów, które popełniłam w mijającym roku. Oczywiście należało przy tym okazać skruchę i obiecać poprawę. Z początku, z braku umiejętności czytania i pisania, takie listy pisał mój tato. Następnie wędrowałam, z którymś z rodziców do pobliskiej skrzynki pocztowej. Wiele lat później dowiedziałam się, że choć nigdy taki list nie został wysłany to rodzice skrzętnie je chowali, by w przyszłości stanowiły pamiątkę. Niestety, prawdopodobnie listy zaginęły w trakcie przeprowadzki do nowego mieszkania. W tamtych czasach w sklepach nie było, tak jak obecnie, tylu ozdób choinkowych, toteż dzieci zarówno w domu, jak i w szkole robiły je same. Dla mnie były to wspaniałe chwile, bo przynajmniej te wszystkie piękne zimowe wieczory mogłam spędzić z tatą. W wolnych chwilach do robótek przyłączała się także mama. To właśnie tatuś nauczył mnie robić pierwsze gwiazdki na choinkę, łańcuchy z kolorowego papieru i Mikołaje z wydmuszek. Czasem ozdoby niecałkiem były udane, ale nawet i takie miały miejsce na choince. Oczywiście zawsze towarzyszyły nam kolędy, których tatuś sam nauczył się w dzieciństwie. Znał słowa wielu z nich, ale biedak zupełnie nie miał słuchu, a ja nieodrodna jego córka, fałszowałam równie dobrze jak i on. Po latach moja mama przyznała, że razem z babcią z trudem znosiły te nasze śpiewy. Słowa niektórych kolęd znam za to do dziś.

Ubieranie choinki

Dzień przed Wigilią był okresem ciężkiej pracy i przygotowań. Babcia miała swoje zwyczaje, których nikt nie śmiał zmieniać. Toteż od wczesnego ranka dzielnie krzątała się po kuchni, angażując mnie do pomocy. Uwielbiałam ten dzień pełen różnych przeplatających się zapachów, ubierania choinki i tej jakże cudownej atmosfery. Tatuś przywoził ciężko zdobyte zielone drzewko, o które w miastach nie było wcale łatwo, a że nie lubił małych drzewek, więc zawsze sięgały one po sufit. Zamykaliśmy się oboje w pokoju, by nie przeszkadzać babci i mamie w ich kuchennych podbojach i dekorowaliśmy naszą choinkę. Czasem tylko z kuchni przybiegała rozpromieniona mama z jakimś smakołykiem celem jego wypróbowania, ale tak naprawdę, by skontrolować nasze postępy, gdyż zdarzało się, że zapominając o Bożym świecie, wymyślaliśmy jakąś zabawę zupełnie nie związaną z dekorowaniem choinki. Dopiero głos mamy: Jurek, no może byście skończyli? – przywoływał nas do porządku. Toteż ubieranie choinki czasami ciągnęło się w nieskończoność. Tatuś miał swój sposób na jej ubieranie. Najpierw wieszał na samym czubku dużą, lśniącą od brokatu gwiazdę, później przypinał małe kolorowe świeczki. Lampki pojawiły się w sklepach dużo później. Potem wieszaliśmy już razem bombki, gwiazdki zrobione przez nas podczas zimowych wieczorów i wszystkie inne ozdoby. Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie będę mogła powiesić cukierki w kolorowych papierkach, czy okrągłe kolorowe opłatki oraz orzechy, które najpierw oklejało się bibułkami. Szczególne miejsce na choince zajmowały kolorowe opłatki. Szkoda, że zwyczaj wieszania ich na choince nie przetrwał. Dawno, dawno temu wierzono, że opłatki i ozdoby z nich zrobione, miały zapewnić domownikom miłość, spokój, harmonię i szczęście, a także chronić przed wszelkim złem. Wobec tych wszystkich wiszących smakołyków, pod koniec świąt choinka wyglądała jak nadgryzione jabłko. Na koniec drzewko otaczaliśmy łańcuchami zrobionymi z kolorowego papieru i kładliśmy srebrną lametę lub anielski włos. Tym czasem w kuchni, babcia z mamą kończyły piec ciasta, a uwieńczeniem prac kuchennych było szorowanie białej, drewnianej podłogi. Wieczorem, kiedy w mieszkaniu unosił się zapach sosny, a w piecu wesoło palił się ogień, cała rodzina choć nieco zmęczona, przysiadała na kanapie i podziwiała świąteczne drzewko.

Dzisiaj na choinkach wiszą piękne ozdoby, o których w tamtym czasie nie było można nawet pomarzyć. Ale przecież nie to jest ważne, bowiem liczy się atmosfera i poczucie miłości. Choinka mojego dzieciństwa miała swoją duszę i wszyscy czuliśmy magię świąt.

W istnienie Mikołaja wierzyłam dość długo…

W Wigilię już od rana panował świąteczny nastrój. Zimy w tych czasach z reguły były śnieżne i mroźne, co jeszcze bardziej podsycało świąteczną atmosferę. Wczesnym popołudniem, gdy już wszystko było gotowe, a my odświętnie ubrani, oczekiwaliśmy przybycia gości. Kiedy w domu pojawili się już wszyscy zaproszeni, mama prowadziła dzieci do okna i kazała wypatrywać na niebie pierwszej gwiazdki. Ile przy tym było śmiechu, radości, a przede wszystkim wyczekiwania. W tym samym czasie dorośli pospiesznie pakowali do worka prezenty i przygotowywali się na przyjście Mikołaja. Kiedy w końcu ukazała się nasza pierwsza gwiazdka, sadzano nas przy choince. Czekaliśmy z niecierpliwością, aż rozlegnie się pukanie do drzwi i z półmroku wyłoni się tak dobrze nam znana postać z długą, białą brodą, ubrana w kożuch, czerwoną czapkę, z kosturem w ręku i z workiem na plecach. Mama z którąś z cioć wychodziły przywitać Mikołaja, który zaraz od progu pytał:

– A są tu grzeczne dzieci?

Na co wszyscy chórem odpowiadali:

– Są, Mikołaju, ale nie zawsze grzeczne.

– Szkoda, bo mam w worku tyle prezentów – odpowiadał nasz gość.

Nieraz Mikołaj robił groźną minę, dorośli chichotali, ale my tego nie słyszeliśmy, bo byliśmy bardzo przejęci. Przecież ważyły się nasze losy i martwiliśmy się czy oby żadne z nas nie zostanie pominięte.

Pewnego roku, a byłam już nieco starsza, spytałam mamę o tatę, którego nie było wśród zebranych osób. Mama szybko odpowiedziała, że tata poszedł po zapałki do kiosku, bo zabrakło. Od tego czasu pytania takie pojawiały się co roku i biedna mama musiała stosować różne wybiegi, by usprawiedliwić nieobecność taty. Tak więc w domu raptem brakowało soli, cukru czy chleba. W tym czasie tatuś grał najważniejszą rolę swojego życia, rolę Świętego Mikołaja. Sędziwy starzec, bo takim go widzieliśmy, wywoływał po kolei każde dziecko i zadawał mnóstwo pytań. Z wypiekami na twarzy i z lekką obawą recytowaliśmy swoje grzeszki jak na spowiedzi, przepraszając przy tym i przyrzekając poprawę. Po takich zapewnieniach Mikołaj przystępował do kolejnej serii pytań, które dotyczyły znajomości kolęd, modlitw, wierszyków i piosenek. Nie miałam z tym problemu, bo tatuś ćwiczył ze mną przecież długo przed świętami. Po kolei każde z nas podchodziło do czcigodnego starca i popisywało się swoimi umiejętnościami. Zadowolony Mikołaj jakoś łagodniał, po czym wręczał delikwentowi prezenty i zapowiadał, że będzie bacznie obserwował jego zachowanie przez kolejny rok.

W istnienie Mikołaja wierzyłam dość długo. Pewnego razu, moi starsi kuzyni postanowili uświadomić mnie w tej kwestii. Oświadczyli, że odkryli prawdę co do Mikołaja i są pewni, że jest nim wujek Jurek, czyli mój tata, bo poznali go po butach. I może bym uwierzyła ich zapewnieniom gdyby nie fakt, że kiedy Mikołaj przekroczył progi naszego domu, obaj ze strachu zaszyli się w najciemniejszy kąt pokoju. Wobec tego jak mogłam dać wiarę ich słowom.

Kiedy moje dzieci były małe, tatuś nadal grał rolę Mikołaja, a ja przypatrując się moim dzieciom dobrze wiedziałam, co one w tej chwili czują. Aż kiedyś moja córka wykrzyknęła:

– To dziadek, a nie Mikołaj, ma dziadka okulary!

Mimo to tatuś przez kolejne lata nadal wcielał się w ową cudowną postać, nie tylko ze względu na tradycję, ale Michała, mojego syna, który był jeszcze mały, a Mikołaj był dla niego postacią jak najbardziej rzeczywistą i wyczekiwaną. Jednak któregoś roku, siedząc na mikołajowych kolanach, Michał złapał tak mocno za długą brodę Mikołaja, że ta spadła i ukazała się uśmiechnięta twarz dziadka. Chcąc podtrzymać mit Świętego Mikołaja, następnego roku skorzystaliśmy z usług studenta. Ale to już nie było to samo, bo któż lepiej mógł znać dzieci jak nie ich własny dziadek.

Wigilia od kuchni

Po odwiedzinach Mikołaja wszyscy zasiadaliśmy do wspólnej kolacji. Wigilijny stół nakrywano śnieżnobiałym obrusem, pod którym rozkładano siano. Honorowe miejsce na stole zajmował opłatek. Jak nakazywał obyczaj, dzielenie opłatkiem rozpoczynał zazwyczaj dziadek Władek. Na stole koniecznie musiało znaleźć się dodatkowe nakrycie. Miejsce to było symboliczne i przeznaczone dla tych, których z nami już być nie mogło, ale obecni byli w naszych sercach. Szczególnie dbały o to najstarsze w rodzinie ciocie, dla których pamięć o bliskich była rzeczą bardzo ważną. Wieczerza wigilijna składała się z prostych i postnych dań. Nie mogło zabraknąć makiełek, które były specjalnością cioci Lodzi i Broni. Wkładały w tę potrawę wiele serca. Makiełkami od najmłodszych lat zajadał się mój tata. Były smakiem jego dzieciństwa. Toteż kiedy był już dorosłym człowiekiem ciocie zawsze przyrządzały je z myślą o swoim siostrzeńcu. Podstawą wigilijnej kolacji była zupa grzybowa z łazankami robiona według przepisu mojej babci. Był także karp w galarecie, którym zawsze zajadały się obie rodziny – specjalność mamy, smażone ryby i smażony, nadziewany śledź – potrawa z rejonu łęczyckiego, przysmak mojego dziadka Janka. Smażony śledź był zupełnie nieznany w rodzinie ojca, a pewnego razu podany przez babcię Józię, został na stałe włączony do wigilijnego jadłospisu. Nie mogło zabraknąć kapusty z grochem i dużej ilości pierogów z kapustą i grzybami. Była też potrawa z fasoli zwanej „głupim Jasiem” z suszonymi śliwkami. Podawano także kompot z suszonych jabłek, śliwek i gruszek. Na deser serwowano ciasta: makowce, serniki, ciasto drożdżowe i piernik. Specjalistką od piernika była ciocia Krysia, która nawet w trudnych czasach potrafiła wyczarować przepyszne ciasto.

Obecnie w wielu domach odchodzi się od tradycyjnych, wigilijnych potraw, które coraz częściej zastępowane są nowymi, dotąd mało znanymi. Aby chronić tradycję, postanowiłam zapisać stare przepisy, które przekazywały babcie i mamy swoim córkom zarówno w rodzinie taty jak i mamy i przekazać je mojej córce. Mam nadzieję, że kiedyś przydadzą się następnym pokoleniom.

Magia świąt Bożego Narodzenia udziela się wszystkim, zarówno dzieciom jak i dorosłym. Niech ten czar trwa wiecznie, niech zawsze niesie radość i miłość. Niewiele zachowało się ze starych obyczajów, dlatego proszę byście dla podtrzymania tradycji, kiedy przyjdzie pora, zapalili świeczki, przykryli stół śnieżnobiałym obrusem, zjedli garść orzechów, schowali łuskę wigilijnego karpia i wybaczyli wszystkie urazy, a po kolacji zaśpiewali wspólnie kolędy. Święta bez kolędy nie mają uroku, to najpiękniejszy zwyczaj Bożego Narodzenia, bo jak ktoś kiedyś napisał:

Od zawsze polskie kolędy były nie tylko modlitwą czy pieśnią, były opowiadaniem. Jeśli już raz w czasach dzieciństwa kolęda zapadnie w duszę Polaka, to będzie mu towarzyszyć zawsze i wszędzie. Przeniesie go w inny świat, a na obczyźnie da wrażenie Ojczyzny.

Autorka: Ewa Fortak-Mordalska