Jak NIE pisać kroniki rodzinnej? [poradnik genealoga]

Stworzenie książki czy kroniki rodzinnej nie należy do czynności najprostszych. Co prawda jesteśmy już w połowie drogi, ponieważ wykonaliśmy badania genealogiczne, ale jeszcze wiele przed nami. Na co powinien zwrócić uwagę początkujący genealogiczny pisarz? Jakich błędów musi uniknąć? Porady przedstawia Sławomir Żak.

W pracy każdego genealoga nadchodzi moment, który wiąże się ze spisaniem swoich ustaleń. Jednakże samo napisanie publikacji nie zawsze oznacza, że zostanie ona ciepło przyjęta przez naszych odbiorców. Jak więc pisać tak, by zainteresować najbliższych, a nie totalnie ich zanudzić? Powstało mnóstwo różnych poradników w tej materii, jednakże na forach genealogicznych temat kronik powraca notorycznie.
Każdy pasjonat genealogii ma nieco odmienne zdanie, co do formy przekazania swej historii. Dlatego też z myślą o początkujących kronikarzach, postanowiłem stworzyć subiektywny wykaz najczęściej popełnianych błędów, które mogą niszczyć efekt pracy. Spis jest bardzo okrojony w swej treści, bo każdy punkt można by omawiać bardzo szeroko. Wykaz ten powstał po analizie treści kilkunastu różnych kronik, które miałem przyjemność przeczytać. Mam nadzieję, że poniższe uwagi pomogą czytelnikowi w udoskonaleniu swego „warsztatu”, który wszakże ma służyć nie tylko współczesnym, lecz przede wszystkim potomnym.

Dla kogo piszemy? Różnica pomiędzy książką a kroniką

Powyższe pytanie powinno być kluczowym punktem wyjścia dla naszej pracy. Innymi bowiem cechami wyróżnia się praca, która zostanie upubliczniona, odmiennymi zaś prywatna kronika. Pisząc z zamiarem wydania swej pracy w formie publicznej (tj. książki), pamiętać powinniśmy o zwartej formie wypowiedzi. Co to oznacza w praktyce? Częstym błędem monografii rodzinnych jest ,,zapychanie” treści, gdy nie mamy dostatecznej wiedzy o danym przodku. I tak zdarza się, że autor przeskakuje z tematu rodzinnego do kwestii polityki, zalewając kolejne strony wywodami encyklopedycznymi, np.: W momencie, gdy rodził się Jan Kowalski, cały kraj żył postanowieniami tzw. Sejmu Niemego, który skutkował redukcją armii względem państw ościennych (…).

Od tej chwili Polska już nigdy nie odzyskała dawnego splendoru. Czy powyższa informacja jest konieczna w wydanej monografii? Otóż nie. Czytelnik sięgający w bibliotece po naszą pracę, prawdopodobnie uczyni to nie po to, by czytać o wydarzeniach ogólnych, lecz oczekiwał będzie konkretów, być może wspomagających jego własną pracę. Dla tego odbiorcy ważniejszym będzie skrupulatne trzymanie się historii rodu, pomijając tło historyczne, które dostępny jest przecież w szerokiej literaturze przedmiotu.
Odmienną tendencję ma natomiast kronika prywatna. W jej przypadku podanie powyższego fragmentu będzie jak najbardziej uzasadnione – zabieg ten pozwala umiejscowić przodka na ,,linii czasu” w nieco inny, szerszy sposób. Jest to niezwykle ważne, ponieważ publikacja prywatna musi cechować się uniwersalnością. Inny bowiem pogląd na historię rodu będzie miał sam genealog, zaś inny rodzinny ,,laik”, który może po prostu nie mieć dostarczającej wiedzy, by umiejscowić przodka w okresie przedrozbiorowym. Nie każdy przecież musi być historykiem.

Naukowy… bełkot? Czyli o języku słów kilka

Ustaliwszy naszego odbiorcę, powinniśmy określić jednolity ,,język” naszej pracy. Jeżeli decydujemy się na kronikę przeznaczoną tylko dla najbliższej rodziny, to warto uwzględnić to również w naszej formie wypowiedzi. Wszyscy wiemy, że większości z nas przyjemnie czyta się ,,lekkie” pozycje, które łatwo zapamiętujemy. Powyższa cecha jest bardzo pożądana w kronice rodzinnej. Chodzi bowiem nie o to, by tworzyć ,,encyklopedię”, lecz raczej podręcznik, który już po jednokrotnym przeczytaniu powinien pozostawić po sobie duży zasób informacji. Dlatego też używanie języka naukowego lub literackich przenośni, które wydawałoby się – upiększają naszą pracę – może rodzić po prostu niezrozumienie u osoby postronnej, nieposiadającej dostatecznej wiedzy. ,,Ciężki język” powoduje niestety, że przeciętny czytelnik ,,czyta na skróty”, kartkuje, wyłapuje tylko pobieżne informacje. Krótko mówiąc, nuży się naszą pracą. Musimy również pamiętać, że język ewoluuje. Chyba każdy genealog spotkał się z notatkami przodka, których nie rozumie. W moim przypadku jest to zwrot ,,Sząbateli”, który został zapisany w latach 30. XX wieku przez mojego pradziadka, a którego sensu nie mogę wyłapać ani z kontekstu, ani z literatury (francuskojęzycznej?). Zastanówmy się, czy nasz prawnuk nie stanie przed podobnym wyzwaniem, a przede wszystkim, czy zechce zadać sobie trud, by zrozumieć ,,wysublimowany” język naszej kroniki.

Autor: Sławomir Żak

 

Do przeczytania pozostało jeszcze 70% treści. Cały artykuł dostępny jest w More Maiorum nr 3 (74)/2019 , który można bezpłatnie pobrać poniżej: